Sunday, 28 October 2012

Rozdział VII Zazdrość



VII.



Dziewczyna powoli otworzyła oczy. Znajdowała się w jasno świetlonej sali. Zamazane kształty się wyostrzały. Wysokie sklepienie i gotyckie okna, rzędy łóżek, sterylnie czysta podłoga, w której dało się przejrzeć, jak w lustrze. Sala szpitalna.
Zmrużyła oczy i poczuła ból z tyłu głowy.
Na skraju łóżka siedziała znajoma postać. Miała płomiennorude włosy, a twarz ukrywała w dłoniach.
- Freddie?
- Hermiona? Obudziłaś wreszcie... Jak mnie nazwałaś?
- Fre-ddie. - powtórzyła
- Uderzyłaś się w głowę jak upadałaś... - chłopak westchnął. Miał podpuchnięte oczy. Wyglądał na bardzo zmęczonego.
- Odsuń się, młody człowieku. - do łóżka podeszła siwowłosa kobieta z pękatą buteleczką, w której buzował wściekle różowy płyn dokładnie w takim samym kolorze, co włosy Tonks. - Wypij to. - poprosiła podając jej wywar.
Dziewczyna powąchała unoszące się nad naczyniem bladoróżowe opary. Były pozbawione jakiegokolwiek zapachu. Wypiła lekarstwo duszkiem. Miało nieprzyjemny, gorzki smak i paliło w ustach prawie, jak Ognista Whiskey. Hermiona raz w życiu próbowała tego popularnego w świecie czarodziejów alkoholu, kiedy w zeszłym roku Fred i George przemycili jedną butelkę na balangę po zwycięstwie Harry'ego w pierwszym zazdaniu Turnieju Magicznego.
Skrzywiła się nieco, a bliźniak uśmiechnął się do niej przyjaźnie.
Pani Pomfrey wzięła od niej butelkę i spojrzała z ukosa na Freda.
Kiedy odeszła Weasley zajął swoje poprzednie miejsce.
- Jak się czujesz? - zapytał z troską.
- Dobrze. - powiedziała stanowczo. - Za to ty wyglądasz okropnie.
Fred zaśmiał się. Dziewczyna nadal miała poważną minę.
- Martwię się o ciebie. - ciągnęła. - Masz natychmiast wrócić do dormitorium i porządnie się wyspać, rozumiesz?! A tak w ogóle to jaki dziś mamy dzień?
- Niedziela. Dochodzi dziesiąta. - powiedział. - A teraz ty mnie posłuchaj. Nie jestem w stanie zasnąć. Chcę być przy tobie, rozumiesz? Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak bardzo się o ciebie bałem. - głos mu się załamał.
Hermiona oniemiała. Po kilku minutach ciszy w końcu się odezwała:
- A Harry? - zapytała cicho - Wie?
- Tak. Oczywiście. Był tu wczoraj.
- A... - zniżyła głos do szeptu. - Ron?
- Błagam, nie wspominaj przy mnie o tym kretynie... - w jego tonie wyczuwała wściekłość.. Do czego ona doprowadziła? Wprowidziła nienawiść między braci.
- To wszystko moja wina. - była bliska płaczu. - Przeze mnie się nienawidzicie. Jestem...jestem...nic nie wartą szlamą bez serca. - zaszlochała, a pani Pomfrey głośno chrząknęła z drugiego końca sali.
- Nawet się nie waż tak mówić. - zagroził Fred. - To nie jest twoja wina, tylko moja. Powinienem go rozbroić.
- To twój brat. Bałeś się go skrzywdzić...
- On już nie jest moim bratem.
- Fred, proszę cię, nie mów tak! Ja jestem w stanie mu to wybaczyć... - powiedziała cicho zerkając kątem oka w stronę końca sali.
Rudowłosy zbliżył się do niej, ujął jej twarz w dłonie, pocałował ją w czoło i otarł łzy.
- Ale nie wiem, czy ja jestem w stanie. - szepnął jej do ucha.
Do sali wpadł Harry. Miał na sobie wytarte, za duże jeansy po Dudley'u i koszulę w kratę.
- Hermiona! Obudziłaś się!
Rudzielec przesunął się by zrobić miejsce czarnowłosemu.
Potter uściskał dziewczynę przyjaźnie.
- Jak się czujesz? - zapytał poprawiając okulary.
- Dobrze. A co u Rona?
Na dźwięk tego imienia Fred skrzywił się nieznacznie. Harry był nieco zakłopotany.
- Ah Ron? - dziewczyna mogła przysiąc, że chłopak zerka kątem oka na Freda. - No... Jest załamany. Nie chce za bardzo ze mną rozmawiać.  Powiedział, że go na pewno znienawidzisz. I że oddał by wszystko, żeby cofnąć czas...
- Gdyby posiadał coś takiego, jak mózg... - warknął rudy, ale Hermiona uciszyła go ręką.
- Mówił coś jeszcze? - zapytała
- Żebyśmy mu dali spokój, bo on nie jestem w stanie spojrzeć nikomu z nas w oczy. I nawrzeszczał na Ginny. - powiedział czarnowłosy na jednym wdechu.
- Ekhem. Wybaczcie, że wam przerywam, ale sądze, że ona powinna się jeszcze trochę przespać. - powiedziała stanowczo pani Pomfrey podchodząc do nich z buteleczką bladoniebieskiego płynu w ręku. Podała go Hermionie.
Dziewczyna posłusznie wypiła. Słyszała jeszcze, jak Fred wykłóca się z uzdrowicielką, że chce przy niej zostać, po czym odpłynęła do krainy snu.


*


Dziewczyna starała się nie zwracać uwagi na ciekawskie spojrzenia przechodniów.
Kiedy wyszła ze skrzydła szpitalnego okazało się, że już prawie cała szkoła huczy o sobotnim zdarzeniu na błoniach. Kiedy w niedzielne popołudnie udała się wraz z Harrym do biblioteki żeby zwrócić wypożyczone książki natknęli się na Malfoy'a, który wyjątkowo głośno rozmawiaL z Pansy Parkinson.
-  Zawsze wiedziałem, że Weasley'owie są pozbawionymi gustu zdrajcami krwi. Przecież na Granger nie jest ani trochę ładna.
- I w dodatku jest strasznie przemądrzała. - zaskrzeczała Pansy i uwiesiła się ramienia Dracona.
Rano. Idąc na śniadanie o mało nie została trafiona balonem z wodą przez Irytka, który darł na całe gardło :

Granger jest brzydka i ma zęby, jak bóbr
To o nią pobiło się Weasley'ów dwóch.

Zdążyła już usłyszeć kilka wersji sobotniego wypadku.
Jedna z nich mówiła, że Ron rzucił na nią zaklęcie Cruciatus, druga, że młodszy Weasley uciekł się do mugolskich metod i przypadkiem kopnął ją z całej siły w żebra. Według innej, co ją wyjątkowo uraziło ona sama się oszołomiła, by zwrócić na siebie uwagę.
Bardzo pomocna okazała się obecność Harry'ego. Wspierał ją jak tylko mógł. On i Fred towarzyszyli jej wszędzie. Prawie Bezgłowy Nick zagroził Irytkowi, że zawoła Krawego Barona, kiedy usłyszał jego piosenkę. Czuła się o wiele pewniej, bo miała przyjaciół. Bardzo chciała się pogodzić z Ronem. Postanowiła, że porozmawia z nim po śniadaniu w poniedziałek.
Usiadła między Fredem i Harrym. Najmłodszy z Weasley'ów siedział na końcu stołu obok Neville'a, który dłoniach ściskał wyrywającą się rozpaczliwie ropuchę, Teodorę.
Uśmiechnęła się, ale rudy tego nie zauważył. Wpatrywał się tępo w swój talerz.
Do Wielkiej Sali wpadła chmara sów ociekających wodą. Na dworze lało, jak z cebra.
Wśród ptaków dostrzegła Świstoświnkę - maleńką sówkę Rona. Z trudem dźwigała szkarłatną kopertę. Wylądowała przed właścicielem.
Hermiona ściskając w ręce pięć knutów, którymi miała zamiar zapłacić za świeży egzemplarz Proroka Codziennego patrzyła, jak rudy lekko drżącymi rękoma rozrywa czerwony papier.
- Auu! - krzyknęła, kiedy puchacz, który dostarczył jej Proroka dziobnął ją w palec. - Już płacę - ale zagłuszył ją krzyk pani Weasley, który wypełnił Wielką Salę:
- RONALDZIE WEASLEY, TWOJE ZACHOWANIE JEST KARYGODNE! JAKO PREFEKT POWINIENEŚ DAWAĆ INNYM DOBRY PRZYKŁAD! ZAWIEDLIŚMY SIĘ NA TOBIE...
W jednej chwili wszystkie oczy zwróciły się w stronę Rona.
Kiedy wyjec umilkł chłopak wybiegł z sali cały czerwony.
Hermiona wrzuciła do woreczka na nóżce ptaka pięć knutów i wykorzystując nieuwagę Freda i Harry'ego zatopionych w rozmowie z Lee Jordanem pobiegła za najmłodszym z Weasley'ów.
Dogoniła go na końcu korytarza.
- Ron! - chwyciła go za ramię.
Chłopak obrócił się. Z jego błękitnych oczu pociekły obfite łzy.
- Hermiona... Przepraszam. - objął ją w pasie. - Ja cię kocham.. - ujął jej twarz w dłonie. - Tak cholernie kocham. - dziewczyna czuła jego nierówny oddech na twarzy.
- Ron! Ja nie mogę... - uwolniła się z jego objęć. - Chcę się dalej z tobą przyjaźnić. Zawsze byłeś dla mnie, jak brat. Błagam, nie psujmy tego.
- Ty już to zepsułaś.
Chłopak odwrócił się na pięcie i odszedł.
Hermiona poczuła, jak do oczu napływają jej łzy.
Ktoś objął ją od tyłu w pasie.
- To wsz-ys-tko mo-ja wi-na. - załkała.
Nie obwiniaj się. Fred starł łzę z jej policzka.
- Ja tylko chciałam żebyśmy się dalej przy-ja-źni-li. - szlochała.
- Ale on nie chce. - powiedział stanowczo. - Nie zmusisz go.
- On jest dla mnie jak br-at.
- On oczekuje od ciebie czegoś więcej niż przyjaźni.
Zapadła cisza.
Przerwała ją Hermiona:
- Ty mi to dałeś... - jej dłoń odruchowo powędrowała do wisiorka, który nosiła na sercu.
- Tak... Jak się dowiedziałaś? - zapytał zaintrygowany.
- Ron (przy wymienianiu tego imienia zadrżał jej głos) mówił, że gdzieś go już widział. Skojarzyłam fakty.
Fred uśmiechnął się i ujął jej twarz w dłonie.
- Kocham cię. - szepnął i pocałował ją.
Wszystkie problemy prysnęły nagle, niczym bańka mydlana. Liczył się tylko on. Chciała by ta chwila trwała jak najdłużej. Wtuliła się w niego i utonęła w w jego słodkim zapachu.
Zadzwonił dzwonek. Z trudem oderwali się od siebie.
Szara rzeczywistość podziała na nią, jak kubeł zimnej wody.
Ruszyła do klasy historii magii, a Fred do wieży Gryffindoru.


*


- Pięć minut spóźnienia. Gryffindor traci pięć punktów, Granger. - mruknął zza katedry Snape z nutą satysfakcji w głosie.
- Ale... Wydawało mi się, że mamy teraz historię magii. - zdziwiła się. - Co pan tu robi, panie PROFESORZE? - powiedziała cicho przez zęby.
- Gryffindor zostaje pozbawiony kolejnych pięciu punktów za twoją zuchwałość. - wycedził
- Co ona takiego powiedziała? - oburzył się ktoś z końca klasy.
- Pięć punktów, Weasley. Za zadawanie głupich pytań.
Hermiona spojrzała ukradkiem na Rona. Miał lekko zaczerwienione oczy i potargane włosy. Spojrzał na Snape'a z wyraźnym obrzydzeniem.
- Siadaj, Granger, jeśli nie chcesz bym pozbawił Gryffindor kolejnych punktów. - warknął mistrz eliksirów.
Hermiona opadła na krzesło tuż obok Harry'ego.
Czarnowłosy szeptem wyjaśnił jej, że Binns miał jakąś sprawę do załatwienia i poprosił nauczyciela eliksirów by miał na nich oko przez kilka minut.
Jedyny duch w gronie nauczycielskim z pewnością był przydatnym źródłem informacji, jeśli chodzi o czasy, których żaden z żywych nie mógł pamiętać.
W końcu z tablicy wyłonił się perłowobiały profesor.
- Dziękuję ci, Septimusie. - powiedział swym nużącym głosem.
Ktoś z trudem stłumił napad śmiechu.
- Nie polecam się na przyszłość. - odburknął Snape. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z sali.
Profesor Binns rozpoczął swój, niezwykle nużący wykład.
Większoś klasy po prostu zasnęło. Hermiona rozejrzała się po klasie. Seamus i Dean pojedynkowali się na fałszywe różdżki Freda i George'a - ten pierwszy trzymał teraz w ręce gumową kaczuszkę, a ten drugi rybkę, Neville ściskał nerwowo Teodorę, a Lavender drzemała na ramieniu Parvati, która szeroko ziewała. Zerknęła na Harry'ego. Okulary osunęły mu sie na czubek nosa. Jej wzrok zatrzymał się na Ronie. Chłopak ssał cukrowe pióro bazgrając zawzięcie na kawałku pergaminu.


*


- Ron zachował się egoistycznie. - stwierdziła stanowczo Ginny, kiedy Hermiona opowiedziała jej o zajściu, jakie miało miejsce po śniadaniu.
- Naprawdę tak myślisz? - zapytała Granger.
Ruda pokiwała głową.
- Znam go na wylot. Chce zwrócić na siebie uwagę. - powiedziała stanowczo. - Z drugiej jednak strony... - zamyśliła się. - ...trochę go rozumiem. Zawsze był niedoceniany. Mama trochę za bardzo faworyzowała Billa i Charlie'ego. Czuł się gorszy.
Hermiona spojrzała na nią ze zrozumieniem.
Był wieczór, siedziały w pokoju wspólnym Gryffindoru. Krzywołap wskoczył Ginny na kolana i zaczął głośno mruczeć. Hermiona nanosiła poprawki na swoje wypracowanie z astronomii.
- A...Fred? - zapytała nieśmiało mała Weasley.
- Co ,,Fred"? - dziewczyna odrzuciła pergamin na stolik.
- No wiesz. Wydaje mi się, że między wami cos jest...
- Co?!
- No nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi! Wpadłam rano na niego. Był cały w skowronkach.
- Nie mam pojęcia, co masz na myśli...
- Całowaliście się?! - zabrzmiało to bardziej, jak stwierdzenie niż, jak pytanie.
Granger nieśmiało pokiwała głową.
- I jak ? - zapiszczała Ginny.
Chciała odpowiedzieć ,, magicznie", ale skarciła się w duchu. Ruda dorastała w rodzinie czarodziejów. Nie miała ochoty jej tłumaczyć, że mugole używają tego słowa w nieco innym znaczeniu.
- Nieziemsko. - odparła rozmażonym głosem po chwili namyśłu. Wróciła w myślach do tej cudownej chwili i na moment zapomniała o problemach.
- Mój brat aż tak dobrze całuje? - ruda zachichotała owijając kosmyk włosów wokół palca.
Nagle uśmiech zszedł z jej twarzy. Ze schodów prowadzących do dormitorium chłopców zbiegł wściekły Ron i znikł w dziurze pod portretem.
- Podsłuchiwał! - oburzyła się Ginny.
Hermiona jej nie słuchała. Zerwała się z fotela i rzuciła biegiem za chłopakiem. O mało się nie przewróciła przełażąc przez wejście do pokoju wspólnego.
W ostatniej chwili przypomniała sobie o znikającym stopniu w połowie schodów.
Zatrzymała się na korytarzu.
- Ron!
Cisza.
- RON!
Znowu brak odpowiedzi.
- ROOON!
- Zostaw mnie! - wrzasnął.
Dziewczyna zaczęła w panice otwierać wszystkie napotkane drzwi.
- Ron, gdzie jesteś? RON?! - krzyczała, ale chłopak nie odpowiadał.
Pusto, pusto. I znowu pusto.
 Chwyciła za klamkę ostatnich.
Zamknięte.
- ALOHOMORA!
Drzwi otworzyły się z hukiem.
Była to stara, nieużywana sala. Wszystkie meble i stoliki pokrywała gruba warstwa kurzu szyba w kredensie była wybita, a na żyralandolu pająk utkał sobie zadziwiających rozmiarów pajęczynę.
Ron siedział na ławce w końcu klasy. Twarz miał ukrytą w dłoniach.
- Zostaw mnie, rozumiesz?! ZOSTAW!
- Ron, błagam...
Weasley wstał i podszedł do niej.
- Kocham cię. - czuła jego nierówny oddech na twarzy. - Kocham, rozumiesz?!
Przygładził jej gęste loki spojrzał jej głęboko w oczy.
Chciał ją pocałować, ale zdołał tylko musnąć jej usta, bo dziewczyna natychmiast wyrwała się w jego objęć.
- Ron. Ja nie mogę. Zrozum. - rozpłakała się. - Kocham Freda. Nikogo nigdy tak nie kochałam. A jeśli ty nie jesteś w stanie tego zaakceptować to nie możemy się dalej przyjaźnić. - ostatnie słowa z trusem przeszły jej przez gardło. - Jesteś egoistą. Dla ciebie liczą się tylko TWOJE uczucia.
Dziewczyna otarła łzy rękawem bluzki i wybiegła z klasy.

No comments:

Post a Comment