IX.
" Ten, kto nigdy nie został okłamany, nie wie, co to znaczy być szczęśliwym. "
Nadszedł chłodny i mokry, ponury październik. Deszcz Bębnił nie miłosiernie w szyby wysokich gotyckich, zamkowych okien zmuszając wszystkich do pozostania w zamku.
Wyjątkiem była drużyna Gryffindoru, która ropoczęła treningi i nie zważając na aurę pogodową spędzała, co drugi wieczór na boisku.
Wszyscy pozostali Gryfoni szczerze im współczuli, bo za każdym razem zawodnicy wracali przemoczeni do suchej nitki. Wielkimi krokami zbliżał się mecz z Krukonami.
Jedynie Ginny i Michael spacerujący korytarzem zdawali się nie przejmować łypiącymi na siebie spode łba mieszkańcami swoich domów i praktycznie nieodrywali od siebie wzroku.
Nagle ponad ramieniem swojego chłopaka Weasley dostrzegła coś, co całkowicie odebrało jej mowę.
Na końcu korytarza stała ociekająca wodą para. Całowali się. Ginny zawsze uśmiechała się na widok zakochanych, ale nie tym razem.
W chłopaku rozpoznała swojego najmłodszego brata, a jego towarzyszką była...Hermiona!
W rudej gotowała się złość.
- Jak ona może?! - odzyskała w końcu głos. - Wydawało mi się, że między nią, a Fredem tak świetnie się układa. Jeżeli on się o tym dowie...
- Spokojnie, Gin. - Michael właśnie zauważył, co wzburzyło jego dziewczyną i położył jej rękę na ramieniu. - To jest jej życie. Nie możesz się tak bardzo angażować.
- Ale Fred to mój brat. Kocham go i własnoręcznie wydrapię oczy każdej dziewczynie, która złamie mu serce... A ja ją miałam za przyjaciółkę!
- Spokojnie. - powtórzył. Zdążył się już przyzwyczaić do tego, że pod burzą płomienno rudych włosów kryje się bardzo temperamentna osobowość. - Uważam, że powinnaś z nią o tym porozmawiać. Wyjaśnicie sobie wszystko.
- Chyba masz rację. - mruknęła już nieco spokojniej. - Nie obrazisz się, jeśli wrócę do pokoju wspólnego? Mam pewną sprawę do załatwienia.
- Jeśli już musisz. - odparł Michael, a mina mu nieco zrzedła.
Pocałowała go na pożegnanie i ruszyła dziarsko w stronę wieży Gryffindoru.
Tak, naprawdę niemiała żadnej sprawy do załatwienia. Po prostu potrzebował chwili samotności. Trochę ją irytował ten wrodzony spokój Cornera. Kontrastował z jej wybuchowym charakterem.
Wielokrotnie zastanawiała się, czy dwie tak odmienne dusze mogą do siebie pasować.
Zawsze miała wtedy gotową odpowiedź. Zwykle brzmiała ona po prostu ,, Przeciwieństwa się przyciągają".
Ostatnio nawet zaczęła używać Freda i Hermiony, jako przykładu.
On - beztroski, ryzykant lubiący adrenalinę, dowcipy żyjący bez zasad wieczny optymista. Ona - odpowiedzialna, inteligenta, pomocna i rozsądna, niechętnie łamiąca jakikolwiek punkt regulaminu szkolnego, istny mól książkowy.
A przynajmniej za taką ją miała dopóki nie zobaczyła jej z Ronem.
Takie zachowanie nie pasowało do Hermiony, którą znała.
Ona zawsze była ostrożna w kwestii uczuć starała się nikogo nie zranić.
Jej przykład wisiał na włosku.
Co się stanie jeśli Fred się dowie?
Ona na pewno mu nie powie. Da Hermionie jeszcze jedną szansę.
Musi koniecznie z nią porozmawiać. Jak najszybciej.
Wspięła się po kamiennych schodach, omijając znikający stopień zgrabnym susem i stanęła przed portretem Grubej Damy.
- Hasło?
- Hmmm. Niech pomyślę. Ostatnio jej zmieniali... Ach to chyba było... FENIKS? - odetchnęła z ulgą, że udało jej się sobie przypomnieć.
Dama pokiwała głową i odsłoniła jej przejście.
Ze względu na niesprzyjającą aurę wszystkie szkarłatne fotele były zajęte.
W wielkim, marmurowym kominku trzaskał wesoło ogień.
Bracia Creevey'owie rozłożyli na dywanie wszystkie zdjęcia, jakie do tej pory zrobił Colin i wybierali te najlepsze by umieścić je w albumie, który dostał w prezencie na urodziny, które były w zeszłym tygodniu.
Dziewczyny z drużyny Gryffindoru: Katie Bell, Alicja Spinnet i Angelina Johnson osuszały przemoczone ubrania za pomocą zaklęcia plotkując (z tego, co Ginny słyszała) o jakimś przystojnym Krukonie, a z dormitorium chłopców z siódmego roku dochodziły jakieś trzaski i odglosy niewiellkich eksplozji.
,,Fred i George" - pomyślała Ginny z uśmiechem, ale na wspomnienie pierwszego znich poczuła ukłucie w sercu.
Przecież on tam siedzi nie mając o niczym pojęcia.
Nie! Już postanowiła. Da Hermionie jeszcze jedną szansę.
Na jednym z foteli dostrzegła burzę brązowych loków.
- Co ty tu robisz?! - zapytała oburzona. - Jakim cudem...Przecież... - po raz kolejny odebrało jej mowę. Tysiące myśli tłukły jej się w głowie.
Jak ona się tu znalazła?! Może się teleportowała?
- O czym ty mówisz? - Hermiona była tak samo zdziwiona.
- Widziałam cię, jak się całowałaś z Ronem! Niecałe dziesięć minut temu. Na korytarzu na siódmym piętrze.
- O czym ty mówisz? Nie ruszałam się stąd od ponad godziny. Z resztą Harry może to potwierdzić. Prawda, Harry?
Czarnowłosy chrząknął twierdząco z fotela obok wychylając się zza Mapy Huncwotów.
- Ale ja was widziałam! Ciebie i Rona! Całowaliście się! - upierała się ruda. - A może się teleportowałaś?!
- Ile razy mam wam powtarzać, że w Hogwarcie nie można się teleportować?! - mruknęła Hermiona zniecierpliwiona.
- Ale...
Granger nagle oświeciło. Dlaczego od razu na to nie wpadła?
Wyrwała zaskoczonemu Harry'emu Mapę Huncwotów z ręki.
- Gin, gdzie nas widziałaś?
- Na korytarzu na siódmym piętrze, koło tego gobelinu z Barnabaszem Bzikiem i trollami.
Granger odnalazła wskazane przez przyjaciółkę miejsce. Korytarz był pusty.
I nagle stało się coś niezwykłego. Na przeciwko miejsca, w którym powinien się znajdować wspomniany przez Ginny gobelin pojawiły się dwie kropki oznaczające uczniów. Wyglądało to tak jakby wyszli ze ściany.
Czarne punkty opatrzone był podpisami Ronald Weasley i Lavender Brown.
Mała Weasley zerkająca przez ramię Hermiony wytrzeszczyła oczy i otworzyła usta ze zdumienia.
- Jak oni się tam znaleźli? Ta mapa się chyba pomyliła? - zawołała
- Ta mapa nigdy się nie myli. - wtrącił się Harry. - Tak mi powiedziało dwóch z czterech jej twórców.
- Pamiętasz, Ginny? Jakiś Tydzień temu mówiłaś mi, że podsłuchałaś kłotnię Snape'a i McGonagall...- zaczęła Hermiona
- Chyba nie myślisz, że...?
- Tak właśnie myślę. To Lavender ukradła wielosokowy. Po to, żeby zmienić się we mnie. Ze zdobyciem włosów nie miała problemu. Przecież dzielimy dormitorium, nie?
- Ale po co? - odezwał się Harry
- Sądzę, że zakochała się w Ronie. Musiała też sporo wiedzieć na temat relacji między mną, a nim. To przecież nie problem. W końcu jesteśmy na jednym roku.
- A jak wyjaśnisz to ich nagłe pojawienie się na mapie? - zapytała Ginny zaitrygowana.
- Mam już hipotezę. Sądzę, że Ron i Lavender właśnie opuścili Pokój Życzeń.
*
Hermiona siedziała po turecku na łożu z czterem kolumienkami z swoim dormitorium, przygrazając wargi nerwowo przewracała pożółkłe stronnice Historii Hogwartu.
- Jest! - zawołała triumfalnie.
Krzywołap, który drzemał w nogach łóżka uniósł głowę i spojrzał na swoją panią z lekkim wyrzutem.
,,Istnieje legenda mówiąca o tajemniczym pokoju w Hogwarcie, którego odnaleźć jest w stanie tylko ten, kto czegoś bardzo potrzebuje i to właśnie znajduje w środku. Innymi słowy - spełnia życzenia. Nazywa się on Pokojem Życzeń, lub inaczej pokojem Przychodź – Wychodź. Legenda mówi, że jest on nienanoszalny, co oznacza, że nie znajdziemy go na żadnej mapie szkoły.[...]"
- Znaleźliśmy to, Krzywołap! - zawołała wybiegając z pokoju i pozostawiając go z takim zdziwieniem na pyszczku, na które nie było stać żadnego kota.
W pokoju wspólnym wpadła na Freda.
- Dokąd tak pędzisz?
- Wkrótce się dowiesz.
- Czekaj! Idę z tobą. - przeskoczył za nią przez dziurę pod portretem. - Możesz mi wyjaśnić, o co chodzi? - zapytał, kiedy byli już na schodach.
Opowiedziała mu pokrótce o swoich odkryciach.
- Pokój Życzeń? - zdziwił się kiedy zakończyła swoją opowieść.
- Tak. Ukazuje się tylko wtedy, kiedy czegoś na prawdę pragniesz i znajdujesz to środku. Sądzę, że Lavender odkryła go, kiedy próbowała, gdzieś ukryć eliksir.
Po kilu minutach stali już w miejscu, gdzie powinny być drzwi.
- Teraz musimy tylko wymyśleć życzenie. - mruknęła Hermiona dotykając ściany.
- Moje największe pragnienie stoi obok mnie. - odparł Fred uśmiechając się szelmowsko.
Dziewczyna spłonęła szkarłatnym rumieńcem.
Nagle w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą dotykała ściany ręką pojawiły się masywne, dwuskrzydłowe, rzeźbione w drewnie hebanowym drzwi.
- Jak? ...
- Ciii! Nie teraz! Filch tu idzie. - szepnął
Otworzył drzwi i pochnął ją lekko, by weszła do środka. Wszedł tuż za nią i zamknął wrota na zasuwę.
Oboje otworzyli usta ze zdumienia.
Znajdowali się pomieszczeniu, które wielkością odpowiadało conajmniej trzem może czterem zwykłym klasom. Trudno było to oszacować, bo na ścianach wisiały ogromne lustra, które sprawiały, że wydawało się jeszcze większe. W rogu stała szeroka, czarna, skórzana kanapa, na której spokojnie zmieściłoby się sześć dorosłych osób i wysoki aż pod sam sufit regał z książkami. Uwagę przykuwał także wielki gramofon na stoliku przy kanapie, który zdawał się uginać pod jego ciężarem. Był tam też perski dywan, a Hermionę, kusiło by sprawdzić, czy nie jest zaczaraowany, niczym ten z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Tam gdzie nie było luster w ścianach tkwiły staroświeckie lampy rzucające bladożółte światło na jasny lśniący parkiet. W pokoju nie było okien.
- Czego sobie zażyczyłeś? - zapytała dziewczyna zaintrygowana rozglądając się wokoło z wyraźnym zachwytem.
- Wolałbym, żeby to zostało tajemnicą... - szepnął uśmiechając się tajemniczo. - Ważne, że udało nam się uciec przed Filchem. Gdy tylko mnie widzi próbuje mi wlepić szlaban, za byle co. Ostatnio na przykład zaciągnął mnie do swojego biura i chciał ukarać za to, że kichnąłem na jakiś obraz. Cudem udało mi się stamtąd wyrwać.
- To miejsce jest niesamowite. - szepnęła Hermiona
- Szczerze mówiąc to kiedyś tu byłem. - mruknął Fred
- Byłeś?
- Tak. Teraz mi się przypomniało. Kiedyś Filch ścigał mnie i George'a i schowaliśmy się tu. Wtedy to była tylko komórka na miotły. - zachichotał
- Co tu robią mugolskie romanse?! Romeo i Julia, Rozważna i Romantyczna. - wodziła opuszkami palców po grzbietach książek.
- Rozważna i jaka? Przysięgam, że to nie moja sprawka. Nie czytuję mugolskich książek. - zdziwił się. Było to z pewnością szczere zdziwienie.
- W gabinecie mojego ojca jest mnóstwo książek. - mruknęła. - Głównie medycznych. - skrzywiła się nieco na wspomnienie tych wszystkich obrazków przedstawiających anatomię zęba i zdjęć przedstawiających jamę ustą osoby palącej papierosy lub co gorsza żującej tytoń. Na wspomnienie tych fotografii robiło jej się niedobrze. - Moi rodzice są dentystami.
- Kim? - chłopak pierwszy raz miał styczność z tym określeniem
- Dentystami. Leczą zęby mugoli. - wyjaśniła. - ...ale w jego biblioteczce jest taka półka, gdzie są normalne książki. Powieści przygodowe i fantastyczne, romanse, książki historyczne... - zatopiła się w wspomnieniach.
Znów była tą małą, niespełna siedmioletnią dziewczynką, która zakradała się do gabinetu ojca i podsuwała sobie stołek by sięgnąć po książkę, która kusiła ją kolorową okładką i zdawała się szeptać Przeczytaj mnie! Przeczytaj!
Któregoś dnia miała ochotę Przypadki Robinsona Crusoe i już miała przyciągnąć sobie krzesełko, kiedy książka sama zfrunęła z półki i wylądowała bez szwanku na biurku.
To był chyba jeden z przejawów czarodziejskiej mocy, który najbardziej utkwił jej w pamięci.
- Hermiona? - głos Fred wyciągnął ją z zamyślenia.
- Wybacz. Trochę się zamyśliłam.
Chłopak zastukał różdżką w gramofon. Pokój wypełniły głos wokalisty Fatalnych Jędz.
Move your body like hairy troll! [...]
- Mogę panią prosić?! - zapytał rudzielec przekrzykując muzykę i podając jej dłoń.
- Oczywiście! - odpowiedziała i nie będąc pewna, czy usłyszał pokiwała głową.
Pociągnął ją za rękę i już mkneli po parkiecie wykrzykując kolejne wersy Do the hippogiff.
[...] I boogie down like a unicorn
No stoppin' till the break of dawn [...]
Obróciła się kilka razy, aż zakręciło jej się w głowie.
[...] Can you dance the hipogriff?
Ma ma ma, ma ma ma, ma ma ma [...]
Nawet nie zdała sobie sprawy, kiedy chłopak wziął ją na ręce.
[...] Shake your booty like a boggart in pain
Again and again and again [...]
Zabrzmiała ostatnia przedłużona nuta i głośne Yeah!, a ona wylądował bezpiecznie na ziemi.
Zmieniła się piosenka. Kołysali się w takt muzyki wtuleni w siebie, zapominając o bożym świecie, tak jakby nie istniało nic prócz jej roześmianej twarzy jego śmiejących się oczu.
Pocałowała go. Ale ten pocałunek był jakiś inny. Nie była to ta upojna chwila niewysłowionego szcześcia, jaką pamiętała. Tak, jakby coś go trapiło. Martwił się czymś?
Spojrzała mu w oczy. W brązowych tęczówkach dostrzegła cień czegoś, co wyglądało, jak... poczucie winy? Jakaś ukryta obawa?
Posłała mu pytająco spojrzenie.
Spuścił wzrok.
Co jest grane? Coś jest nie tak.
Wziął na ręce i delikatnie posadził na kanapie. Sam usiadł obok.
Sięgnęła po ładnie oprawiony egzemplarz Romeo i Julli, otworzyła na przypadkowej stronie i zaczęła czytać na głos wodząc smukłymi palcami po linijkach małych, czarnych, znaków.
Fred słuchał uważnie, a to wcześniejsze zmartwienie ukrył pod maską przedstawiającą zaciekawienie i nie odrywał wzroku od jej ust, ale Hermiona nie była pewna, czy dlatego, że czytała, czy może dlatego by nie patrzeć jej prosto w oczy.
Nagle zatrzasnęła książkę, tak niespodziewanie, że chłopak drgnął na swoim miejscu.
- A gdyby...? - do głowy przyszło jej pytanie zainspirowane prawie pięćsetlenią historią kochanków z Werony. - Gdyby twoi rodzice nienawidzili szlam i mugoli? Co byś zrobił?
- Uciekłbym z tobą na koniec świata. - szepnął.
Zegar na ścianie wskazywał wpół do dziewiatej wieczorem. Dziewczynie zdawało się, że ktoś zaczarował wskazówki, by poruszały się conajmniej dwa razy szybciej.
- Trochę zgłodniałam. Niestety przegapiliśmy kolację. - zła była na siebie, że myśli teraz o jedzeniu, ale żołądek nie dawał zapomnieć o swoim istnieniu.
- Zastanawiałem się właśnie czemu ten pokój nie wyczarowuje jedzenia. - mruknął Fred drapiąc się po głowie.
- Jedzenie jest pierwszym z wyjątków Gampa. - oświadczyła, jakby to było tak oczywiste, jak fakt, że Ziemia jest okrągła.
- Jest na to rada. Chodź! - chwycił ją za ręką i opuścili Pokój Życzeń.
Po drodze musieli kilkakrotnie chować się za zbroją lub w jakiejś pustej klasie by uniknąć spotkania z Filchem lub Irytkiem.
Dziewczyna cały czas przyglądała się rudzielcowi badawczo. Chłopak cały czas zdawał się uciekać przed jej spojrzeniem, tak jakbym działało ono niczym vitaserum.
Coś przed nią ukrywał - przenajmniej tak podejrzewała. Z jednej strony bał jej powiedzieć, z drugiej miał wyrzuty sumienia. Nie musiała być mistrzem legimencji by się tego domyśleć.
W końcu odważyła się zapytać go wprost:
- Coś cię martwi?
- Mnie? Skąd? Dlaczego tak myślisz?! - udał zdziwienie.
Czy to nie dziwne? Tak często, udawało mu wymigać od szlabanów snując zawiłe i barwne historie, a jej nie potrafił okłamać.
- Już nic. - mruknęła.
Schodzili stromymi schodami, skręcali w nieznane jej skróty, a on nadal unikał jej spojrzenia, jakby była bazyliszkiem.
W końcu skręcili w znajomy korytarz.
- Idziemy do kuchni, prawda? - zapytała
Pokiwał głową.
Chciała zaprotestować i już otwierała usta, ale rudzielec położył na nich palec, a drugą ręką połaskotał gruszkę na obrazie przedstawiającym misę z owocami, a ta zachichotała, niczym małe dziecko i zamieniła się w mosiężną klamkę.
Kiedy ukryte drzwi otworzyły się uderzyła ich mieszanina najróżniejszych zapachów: od domowej szarlotki przez pudding i tartę z melasą po cynamon, oregano, curry i inne przyprawy.
Pomieszczenie wyglądało dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy Hermiona zobaczyła je po raz pierwszy.
Stało tam pięć ogromnych stołów odpowiadającym tym w Wielkiej Sali. Na nich ustawiano posiłki, które znikały w pojawiały się na górze.
Na ścianach wisiały patelnie i garnki o róznych kształtach i obrazy przedstawiające misy z owocami, pieczone prosiaki, kaczki i półmiski pełne przystawek, na których widok ciekła ślinka i złote puchary pełne czerwonego wytrawnego wina.
Około setki skrzatów domowych o nietoperzych uszach i wielkich wyłupiastych oczach odzianych w serwetki z godłem Hogwartu krzątało się po pomieszczeniu.
Trzy z nich podbiegły do nich.
Wśród nich był Zgredek, który od swoich współbratyńców odróżniał się tym, że nie miał na sobie serwetki, a conajmniej trzy par skarpetek (trudno było to oszacować) siegających mu do kolan, koszulkę, spodenki i czapkę z ocieplacza na czajnik.
- Panienka jest przyjaciółką Harry'ego Pottera! - zawoła kłaniając się Hermionie.
- Witaj Zgredku! - dziewczyna przywitała się grzecznie.
- A sir często tu bywa ze swoim bratem bliźniakiem. - zaskrzeczał skrzat do Freda
- Zgadza się. - potwierdził chłopak.
- Niewielu uczniów wie o ukrytym wejściu do kuchni, sir. Zgredek może ich wszystkich wymienić.
- To jest ktoś poza mną, George'em, Harry, Ronem i Hermioną, kto wie jak tu się dostać? - zdziwił się rudzielec.
- Och tak, sir! Taka dziewczynka z wielkimi rozmarzonymi oczami, która opowiada różne dziwne rzeczy. Jest bardzo miała dla Zgredka. Zawsze prosi o zieloną herbatę. Mówi, że to chroni przed jakimiś stworzeniami, ale niestety Zgredek nie pamięta, jak się nazywają.
Luna, pomyśleli jednocześnie Fred i Hermiona.
-...i jest jeszcze jeden chłopiec, sir. - kontynuował swoją opowieść skrzat. - Z Domu Węża. - zniżył głos do szeptu. - On często bywał u moich poprzednich panów ze swoim ojcem. Przychodzi tu najczęściej wcześnie rano i chce tylko czarnej kawy bez mleka i cukru. Dziwny to chłopiec, sir. Zgredek jeszcze nigdy nie widział go uśmiechniętego.
- Chyba wiem, o kim mówisz, Zgredku. - mruknęła Granger. - Ten chłopak jest na moim roku. Podobno jego matka zmarła w Mungu na jakąś tajemniczą chorobę. Nazywa się Teodor Nott, o ile dobrze pamiętam.
Kiedy oni byli zajęci rozmowa ze skrzatem pozostałe dwa podsuwały im najróżniejsze smakołyki. Dziewczyna grzecznie odmawiała, ale Fred napychał sobie kieszenie ciastkami, pasztecikami z dyni i kawałkami szarlotki zawiniętymi w serwetki do granic wytrzymałości niezważając na zgorszoną minę współtowarzyszki.
W końcu jednak i ona uległa przyjmując od skrzatki odzianej w serwetę kubek gorącego kakao.
- Skąd wiesz tyle o tym Nocie? - zapytał rudy zaintrygowany, kiedy wracali do pokoju wspólnego.
- Jego ojciec był wśród tych śmierciożerców, którzy byli świadkami odrodzenia Sam-wiesz-kogo na cmentarzu w Little Hangleton, tam gdzie zginął Cedric Diggory. - mruknęła ponuro. - Harry, mi mówił. No i poszukałam trochę w Genealogii rodów czystej krwi i znalazłam.
- Jego ojciec jest śmierciożercą?! - chłopak o mało nie zadławił się kawalkiem pasztecika z dyni.
- To cię tak dziwi? Rodzice co drugiego Ślizgona są śmierciożercami.
- Trudno, żeby fakt, że na twoim roku jest kolejny przyszły śmierciożerca nie zrobił na mnie wrażenia.
- Przyszły śmierciożerca? Skąd możesz wiedzieć, że pójdzie w ślady ojca?
- Wszyscy Ślizgoni są tacy sami.
- Życie mnie nauczyło, że pozory czasem mylą, Fred. - wzdrygnęła się, kiedy poczuła bijący z własnego głosu chłód.
Miała do niego pretensje. Ewidentnie coś przed nią ukrywał. Ale ona nie jest taka. Nie będzie mu robić wyrzutów. Dam szansę by sam powiedział prawdę.
Ale nie powiedział. Choć do północy siedzieli w opustoszałym pokoju wspólnym przegryzając ciastka i popijąc kakao.
Śmiał się, ale ona wiedziała, że to tylko przykrywka, maska. Coś wyrażnie go martwiło, niepotrafił tego ukryć. Dalej unikał jej spojrzenia, jak ognia i udawał, że wszystko jest ok.
Ale ona wiedziała, że nie.
Mimo to, poczeka.