Monday, 29 October 2012

Rozdział X - Na otarcie łez

X.



Ten dzień zaczął się okropnie. Najpierw zaspała i prawie spóźniła się na śniadanie. Później, przed historią magii wpadła Rona. Jego natarczywość nie dawała jej wyboru - musiała mu wyjaśnić z kim, tak na prawdę spędził wczorajsze popołudnie. Jak się można było spodziewać - nie był zadowolony.
Teraz czekała ją godzina eliksirów. Na szczęście tylko godzina. Nie mieli drugiej lekcji ze względu na mecz Gryfonów z Krukonami. W lochach, jak zwykle było okropnie zimno. Prawie wszyscy byli już pod klasą. Malfoy skrzywił się na jej widok i za jej plecami symulował odruchy wymiotne, co bardzo rozśmieszyło jego kolegów. Hermiona przysunęła się bliżej Harry'ego ignorując Ślizgona.
- Gdzie Ron? - zapytała cicho
- W skrzydle szpitalnym. Zjadł chyba ze dwadzieścia krwotoczków truskawkowych. - mruknął czarnowłosy. 
Zza zakrętu wyłonił się Snape w swojej śmiertelnie czarnej pelerynie. Machnął różdżką, a drzwi klasy gwałtownie się otworzyły. Weszli gęsiego do chłodnego pomieszczenia. Ze ściennych, zakurzonych lamp sączyło się wątłe, zielone światło. Na regale za biurkiem nauczyciela połyskiwały butelki o różnej zawartości. Hermiona mogła przysiąc, że w jednej z nich zobaczyła kiedyś ludzkie oko. Na blacie biurka stał pękaty, cynowy kociołek z jakimś eliksirem. Kiedy dziewczyna przechodziła obok wspięła się na palce, by zobaczyć , co się w nim znajduje. Substancja miała barwę śmiertelnej czerni i połyskiwała fioletem, nie wrzała i była pozbawiona jakiegokolwiek zapachu.
Wywar żywej śmierci, pomyślała Hermiona.
- Pospieszcie się. - warknął Snape - Nie mamy za dużo czasu, a macie skończyć swoje zadanie przed dzwonkiem.
Wszyscy zajęli swoje miejsca. Granger usiadła obok Harry'ego.
- Waszym zadaniem będzie przyrządzenie wywaru żywej śmierci. - oświadczył profesor - Kto mi powie, jak działa ten eliksir?
Ręka Hermiony wystrzeliła w górę.
- Tak, Granger? - mruknął Snape zniecierpliwiony.
- Jest to silny środek usypiający, powoduje omdlenia, dla niedoświadczonego czarodzieja może wyglądać, jak śmierć. W żadnym wypadku nie powoduje śmierci... Ale, profesorze przepisu na niego nie ma w naszej książce, to jest na poziomie OWU-temów...
- Wystarczy, Granger. - przerwał jej Snape. - Przepis macie tutaj. - zastukał różdżką w tablicę, na której natychmiast pojawiła się instrukcja. - Jak słusznie powiedziałaś, Granger jest to poziom OWU-temów. Pracujecie więc w parach. - Hermiona przysunęła się bliżej Harry'ego. - O nie, Potter. To ja ustalam pary. - mruknął nauczyciel z nutą satysfakcji w głosie.
Niektórzy zaczęli protesować, jednak Snape był jak zwykle nieugięty.
- Cisza. - nie musiał krzyczeć, żeby w klasie natychmiast zapanował spokój. - Potter - Zabini, Malfoy - Parkinson, Granger - Nott... - zaczął wymieniać
Harry odszedł w stronę łypiącego na niego spode łba Blaise'a Zabiniego. Jego miejsce zajął czarnowłosy, szczupły Ślizgon średniego wzrostu o czarnych oczach, które Hermionie wydawały się parą pancernyc dzrzwi, które uniemożliwiają jakimkolwiek emocjom wydostanie się na światło dzienne. .
- Cześć. - powiedziała nieśmiało.
Nie doczekała się odpowiedzi.
- Jeśli masz zamiar ignorować mnie, gdyż w twoich oczach jestem tylko nic nie wartą szlamą to daruj sobie. Mnie to już na prawdę nie rusza.
- Przecież nie nazwałem cię szlamą. - mruknął
- Och... - Hermiona lekko się zaczerwieniła
- Wiedz, że w cale nie miałem takiego zamiaru. Szczerze mówiąc to nie obchodzi mnie twój status krwi.
- Naprawdę? - zdziwiła się. Jeszcze nigdy nie spotkała osoby z domu węża, która nie nazwała jej szlamą.
- Czy tobie się wydaje, że wszyscy Ślizgoni są tacy, jak Malfoy? Cechy wyróżniające osoby z naszego domu to ambicja, spryt i zaradność, a nie chamskie i wredne zachowanie. Chociaż te drugie często idą z tymi pierwszymi w parze. Ale mimo to nie wystarczy być wrednym, żeby zostać Ślizgonem.
- Och, przepraszam, że potraktowałam cię tak stereotypowo... - powiedziała nieco zawstydzona Hermiona
- Nic się nie stało... - chłopak podjął nieudaną próbę uśmiechnięcia się
- Czas start. - powiedział Snape, kiedy każdy miał już swoją parę i obrócił klepsydrę stojącą na biurku.
Hermiona uważnie przeczytała przepis.
- Piołun... - mruknęła bardziej do siebie niż do swojego partnera.
- Masz na imię Hermiona, tak? - zapytał nieśmiało
- Tak. - mruknęła Granger ważąc w dłoni zioła. - Ty jesteś Teodor, zgadza się?
- Taaa. To imię po dziadku. Nie przepadam za nim. - mruknął podając jej kolejne składniki.
Skończyli eliksir na czas. Nie wyglądał dokładnie tak, jak ten w kociołku Snape'a, ale z pewnością prezentował się lepiej niż kleista masa Blaise'a i Harry'ego, czy papka Pansy i Dracona.
Zadowolony z siebie Teodor postawił fiolkę z wywarem opatrzoną ich imionami na biurku Snape'a. 
Zabrzmiał dzwonek. Gryfoni i Ślizgoni opuścili klasę i ruszyli do swoich dormitoriów by zostawić tam książki. Harry wybił się na przód - w końcu musiał się jeszcze przebrać w strój do quidditcha. Hermiona ociągała się nieco - jej torba była dziś wyjątkowo ciężka, ponieważ wypożyczyła z biblioteki kilka książek powtórzeniowych, przygotowujących do SUM - ów. Szła pustym korytarzem, kiedy usłyszała znajomy głos dochodzący z pustej klasy: 
- ... daj mi spokój, Katie. - mruknął Fred - Między nami już nic nie ma, rozumiesz?!
Hermiona przysunęła się bliżej uchylonych drzwi i zajrzała przez szparę. Rudzielec siedział na katedrze. Po klasie spacerowała z gracją baletnicy szczupła, długowłosa brunetka - Katie Bell.
- Jeszcze w czwartek zdawałeś się być innego zdania. - mruknęła mu cicho do ucha, tak, że Hermiona z trudem mogła to usłyszeć.
- W czwartek posunęłaś się za daleko. - powiedział Fred stanowczo. Puls Granger przyspieszał z każdym słowem.
- Aż tak źle całuję ? - zachichotała Katie i zastukała paznokciami o blat ławki. - Następnym razem bardziej się postaram. - jej palce powędrowały do guzika jego koszuli.
- Nie będzie następnego razu. - złapał ją gwałtownie za nadgarstek.
- Och, Freddie. - zaśmiała się - Ja zawsze dostaję to czego chcę. - zamruczała i ruszyła w stronę drzwi kołysząc biodrami.
 Do oczu Hermiony napłynęły łzy. Czyli to była tajemnica Freda, tak? Dlatego tak dziwnie się zachowywał?! A ona mu ufała! Chwyciła torbę i rzuciła się biegiem korytarzem. Nie miała pojęcia dokąd biegnie. Po prostu przed siebie. Nagle uderzyła w coś. Przepełniona torba pękła, a książki rozsypały się po podłodze. Teraz zdała sobie sprawę, że nie uderzyła w coś, a w kogoś.
- Auu. - mruknął Teodor masując obolałe ramię. - Dokąd tak biegniesz?
- C-o  t-y tu  ro-bi-sz? - załkała Hermiona
- Wracałem z toalety... - odparł zbierając jej książki. - Ty płaczesz? - postawił stos opasłych tomów na podłodze i podał jej rękę. - Co się stało?
- Ni-c - załkała ocierając łzy.
- Jeśli nie chcesz nie musisz mówić. Ja cię do niczego nie zmuszam - mruknął. - Lubisz quiddtcha?
- Nie za bardzo. - powiedziała wyciągając chusteczki z torby.
- Tak się składa, że ja też nie... Chodź. - mruknął
- Dokąd? - zapytała.
- Nie wiem. - wzruszył ramionami. - Po prostu chodź ze mną.
- A co z książkami? 
- Zostaw je tu. - zaproponował otwierając drzwi od komórki na miotły.
Ułożyli staranie wszystkie szkolne podręczniki Hermiony w schowku i ruszyli korytarzem.
Dziewczyna szybko domyśliła się dokąd idą. Znała tą drogę doskonale, dzięki Fredowi. Poczuła ukłucie w sercu. Myślenie o nim sprawiało okropny ból.
Wkrótce stanęli przed obrazem przedstawiającym misę z owocami, Teodor połaskotał gruszkę, ta zamieniła się w klamkę i hogwarcka kuchnia ukazała im się w całej swojej okazałości.
Chłopak zniknął gdzieś, a po chwili wrócił z talerzem pełny ciastek w jednej dłoni i parującym kubkiem kawy w drugiej.
- Proszę. To na otarcie łez. - podsunął jej słodycze i uśmiechnął się szczerze i prawdziwie, po raz pierwszy odkąd go zobaczyła, a w jego czarnych oczach, które na początku wydawały jej się parą pancernych drzwi zabłysły iskierki.

Sunday, 28 October 2012

Rozdział IX - Przeciwieństwa się przyciągają?





IX.

" Ten, kto nigdy nie został okłamany, nie wie, co to znaczy być szczęśliwym. "
                                                                        

Nadszedł chłodny i mokry, ponury październik. Deszcz Bębnił nie miłosiernie w szyby wysokich gotyckich, zamkowych okien zmuszając wszystkich do pozostania w zamku.
Wyjątkiem była drużyna Gryffindoru, która ropoczęła treningi i nie zważając na aurę pogodową spędzała, co drugi wieczór na boisku.
Wszyscy pozostali Gryfoni szczerze im współczuli, bo za każdym razem zawodnicy wracali przemoczeni do suchej nitki. Wielkimi krokami zbliżał się mecz z Krukonami.
Jedynie Ginny i Michael spacerujący korytarzem zdawali się nie przejmować łypiącymi na siebie spode łba mieszkańcami swoich domów i praktycznie nieodrywali od siebie wzroku.
Nagle ponad ramieniem swojego chłopaka Weasley dostrzegła coś, co całkowicie odebrało jej mowę.
Na końcu korytarza stała ociekająca wodą para. Całowali się. Ginny zawsze uśmiechała się na widok zakochanych, ale nie tym razem.
W chłopaku rozpoznała swojego najmłodszego brata, a jego towarzyszką była...Hermiona!
W rudej gotowała się złość.
- Jak ona może?! - odzyskała w końcu głos. - Wydawało mi się, że między nią, a Fredem tak świetnie się układa. Jeżeli on się o tym dowie...
- Spokojnie, Gin. - Michael właśnie zauważył, co wzburzyło jego dziewczyną i położył jej rękę na ramieniu. - To jest jej życie. Nie możesz się tak bardzo angażować.
- Ale Fred to mój brat. Kocham go i własnoręcznie wydrapię oczy każdej dziewczynie, która złamie mu serce... A ja ją miałam za przyjaciółkę!
- Spokojnie. - powtórzył. Zdążył się już przyzwyczaić do tego, że pod burzą płomienno rudych włosów kryje się bardzo temperamentna osobowość. - Uważam, że powinnaś z nią o tym porozmawiać. Wyjaśnicie sobie wszystko.
- Chyba masz rację.  - mruknęła już nieco spokojniej. - Nie obrazisz się, jeśli wrócę do pokoju wspólnego? Mam pewną sprawę do załatwienia.
- Jeśli już musisz. - odparł Michael, a mina mu nieco zrzedła.
Pocałowała go na pożegnanie i ruszyła dziarsko w stronę wieży Gryffindoru.
Tak, naprawdę niemiała żadnej sprawy do załatwienia. Po prostu potrzebował chwili samotności. Trochę ją irytował ten wrodzony spokój Cornera. Kontrastował z jej wybuchowym charakterem.
Wielokrotnie zastanawiała się, czy dwie tak odmienne dusze mogą do siebie pasować.
Zawsze miała wtedy gotową odpowiedź. Zwykle brzmiała ona po prostu ,, Przeciwieństwa się przyciągają".
Ostatnio nawet zaczęła używać Freda i Hermiony, jako przykładu.
On - beztroski, ryzykant lubiący adrenalinę, dowcipy żyjący bez zasad wieczny optymista. Ona - odpowiedzialna, inteligenta, pomocna i rozsądna, niechętnie łamiąca jakikolwiek punkt regulaminu szkolnego, istny mól książkowy.
A przynajmniej za taką ją miała dopóki nie zobaczyła jej z Ronem.
Takie zachowanie nie pasowało do Hermiony, którą znała.
Ona zawsze była ostrożna w kwestii uczuć starała się nikogo nie zranić.
Jej przykład wisiał na włosku.
Co się stanie jeśli Fred się dowie?
Ona na pewno mu nie powie. Da Hermionie jeszcze jedną szansę.
Musi koniecznie z nią porozmawiać. Jak najszybciej.
Wspięła się po kamiennych schodach, omijając znikający stopień zgrabnym susem i stanęła przed portretem Grubej Damy.
- Hasło?
- Hmmm. Niech pomyślę. Ostatnio jej zmieniali... Ach to chyba było... FENIKS? - odetchnęła z ulgą, że udało jej się sobie przypomnieć.
Dama pokiwała głową i odsłoniła jej przejście.
Ze względu na niesprzyjającą aurę wszystkie szkarłatne fotele były zajęte.
W wielkim, marmurowym kominku trzaskał wesoło ogień.
Bracia Creevey'owie rozłożyli na dywanie wszystkie zdjęcia, jakie do tej pory zrobił Colin i wybierali te najlepsze by umieścić je w albumie, który dostał w prezencie na urodziny, które były w zeszłym tygodniu.
Dziewczyny z drużyny Gryffindoru: Katie Bell, Alicja Spinnet i Angelina Johnson osuszały przemoczone ubrania za pomocą zaklęcia plotkując (z tego, co Ginny słyszała) o jakimś przystojnym Krukonie, a z dormitorium chłopców z siódmego roku dochodziły jakieś trzaski i odglosy niewiellkich eksplozji.
,,Fred i George" - pomyślała Ginny z uśmiechem, ale na wspomnienie pierwszego znich poczuła ukłucie w sercu.
Przecież on tam siedzi nie mając o niczym pojęcia.
Nie! Już postanowiła. Da Hermionie jeszcze jedną szansę.
Na jednym z foteli dostrzegła burzę brązowych loków.
- Co ty tu robisz?! - zapytała oburzona. - Jakim cudem...Przecież... - po raz kolejny odebrało jej mowę. Tysiące myśli tłukły jej się w głowie.
Jak ona się tu znalazła?! Może się teleportowała?
- O czym ty mówisz? - Hermiona była tak samo zdziwiona.
- Widziałam cię, jak się całowałaś z Ronem! Niecałe dziesięć minut temu. Na korytarzu na siódmym piętrze.
- O czym ty mówisz? Nie ruszałam się stąd od ponad godziny. Z resztą Harry może to potwierdzić. Prawda, Harry?
Czarnowłosy chrząknął twierdząco z fotela obok wychylając się zza Mapy Huncwotów.
- Ale ja was widziałam! Ciebie i Rona! Całowaliście się! - upierała się ruda. - A może się teleportowałaś?!
- Ile razy mam wam powtarzać, że w Hogwarcie nie można się teleportować?! - mruknęła Hermiona zniecierpliwiona.
- Ale...
Granger nagle oświeciło. Dlaczego od razu na to nie wpadła?
Wyrwała zaskoczonemu Harry'emu Mapę Huncwotów z ręki.
- Gin, gdzie nas widziałaś?
- Na korytarzu na siódmym piętrze, koło tego gobelinu z Barnabaszem Bzikiem i trollami.
Granger odnalazła wskazane przez przyjaciółkę miejsce. Korytarz był pusty.
I nagle stało się coś niezwykłego. Na przeciwko miejsca, w którym powinien się znajdować wspomniany przez Ginny gobelin pojawiły się dwie kropki oznaczające uczniów. Wyglądało to tak jakby wyszli ze ściany.
Czarne punkty opatrzone był podpisami Ronald Weasley i Lavender Brown.
Mała Weasley zerkająca przez ramię Hermiony wytrzeszczyła oczy i otworzyła usta ze zdumienia.
- Jak oni się tam znaleźli? Ta mapa się chyba pomyliła? - zawołała
- Ta mapa nigdy się nie myli. - wtrącił się Harry. - Tak mi powiedziało dwóch z czterech jej twórców.
- Pamiętasz, Ginny? Jakiś Tydzień temu mówiłaś mi, że podsłuchałaś kłotnię Snape'a i McGonagall...- zaczęła Hermiona
- Chyba nie myślisz, że...?
- Tak właśnie myślę. To Lavender ukradła wielosokowy. Po to, żeby zmienić się we mnie. Ze zdobyciem włosów nie miała problemu. Przecież dzielimy dormitorium, nie?
- Ale po co? - odezwał się Harry
- Sądzę, że zakochała się w Ronie. Musiała też sporo wiedzieć na temat relacji między mną, a nim. To przecież nie problem. W końcu jesteśmy na jednym roku.
- A jak wyjaśnisz to ich nagłe pojawienie się na mapie? - zapytała Ginny zaitrygowana.
- Mam już hipotezę. Sądzę, że Ron i Lavender właśnie opuścili Pokój Życzeń.


*


Hermiona siedziała po turecku na łożu z czterem kolumienkami z swoim dormitorium, przygrazając wargi nerwowo przewracała pożółkłe stronnice Historii Hogwartu.
- Jest! - zawołała triumfalnie.
Krzywołap, który drzemał w nogach łóżka uniósł głowę i spojrzał na swoją panią z lekkim wyrzutem.
,,Istnieje legenda mówiąca o tajemniczym pokoju w Hogwarcie, którego odnaleźć jest w stanie tylko ten, kto czegoś bardzo potrzebuje i to właśnie znajduje w środku. Innymi słowy - spełnia życzenia. Nazywa się on Pokojem Życzeń, lub inaczej pokojem Przychodź – Wychodź. Legenda mówi, że jest on nienanoszalny, co oznacza, że nie znajdziemy go na żadnej mapie szkoły.[...]"
- Znaleźliśmy to, Krzywołap! - zawołała wybiegając z pokoju i pozostawiając go z takim zdziwieniem na pyszczku, na które nie było stać żadnego kota.
W pokoju wspólnym wpadła na Freda.
- Dokąd tak pędzisz?
- Wkrótce się dowiesz.
- Czekaj! Idę z tobą. - przeskoczył za nią przez dziurę pod portretem. - Możesz mi wyjaśnić, o co chodzi? - zapytał, kiedy byli już na schodach.
Opowiedziała mu pokrótce o swoich odkryciach.
- Pokój Życzeń? - zdziwił się kiedy zakończyła swoją opowieść.
- Tak. Ukazuje się tylko wtedy, kiedy czegoś na prawdę pragniesz i znajdujesz to środku. Sądzę, że Lavender odkryła go, kiedy próbowała, gdzieś ukryć eliksir.
Po kilu minutach stali już w miejscu, gdzie powinny być drzwi.
- Teraz musimy tylko wymyśleć życzenie. - mruknęła Hermiona dotykając ściany.
- Moje największe pragnienie stoi obok mnie. - odparł Fred uśmiechając się szelmowsko.
Dziewczyna spłonęła szkarłatnym rumieńcem.
Nagle w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą dotykała ściany ręką pojawiły się masywne, dwuskrzydłowe, rzeźbione w drewnie hebanowym drzwi.
- Jak? ...
- Ciii! Nie teraz! Filch tu idzie. - szepnął
Otworzył drzwi i pochnął ją lekko, by weszła do środka. Wszedł tuż za nią i zamknął wrota na zasuwę.
Oboje otworzyli usta ze zdumienia.
Znajdowali się pomieszczeniu, które wielkością odpowiadało conajmniej trzem może czterem zwykłym klasom. Trudno było to oszacować, bo na ścianach wisiały ogromne lustra, które sprawiały, że wydawało się jeszcze większe. W rogu stała szeroka, czarna, skórzana kanapa, na której spokojnie zmieściłoby się sześć dorosłych osób i wysoki aż pod sam sufit regał z książkami. Uwagę przykuwał także wielki gramofon na stoliku przy kanapie, który zdawał się uginać pod jego ciężarem. Był tam też perski dywan, a Hermionę, kusiło by sprawdzić, czy nie jest zaczaraowany, niczym ten z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Tam gdzie nie było luster w ścianach tkwiły staroświeckie lampy rzucające bladożółte światło na jasny lśniący parkiet. W pokoju nie było okien.
- Czego sobie zażyczyłeś? - zapytała dziewczyna zaintrygowana rozglądając się wokoło z wyraźnym zachwytem.
- Wolałbym, żeby to zostało tajemnicą... - szepnął uśmiechając się tajemniczo. - Ważne, że udało nam się uciec przed Filchem. Gdy tylko mnie widzi próbuje mi wlepić szlaban, za byle co. Ostatnio na przykład zaciągnął mnie do swojego biura i chciał ukarać za to, że kichnąłem na jakiś obraz. Cudem udało mi się stamtąd wyrwać.
- To miejsce jest niesamowite. - szepnęła Hermiona
- Szczerze mówiąc to kiedyś tu byłem. - mruknął Fred
- Byłeś?
- Tak. Teraz mi się przypomniało. Kiedyś Filch ścigał mnie i George'a i schowaliśmy się tu. Wtedy to była tylko komórka na miotły. - zachichotał
- Co tu robią mugolskie romanse?! Romeo i Julia, Rozważna i Romantyczna. - wodziła opuszkami palców po grzbietach książek.
- Rozważna i jaka? Przysięgam, że to nie moja sprawka. Nie czytuję mugolskich książek. - zdziwił się. Było to z pewnością szczere zdziwienie.
- W gabinecie mojego ojca jest mnóstwo książek. - mruknęła. - Głównie medycznych. - skrzywiła się nieco na wspomnienie tych wszystkich obrazków przedstawiających anatomię zęba i zdjęć przedstawiających jamę ustą osoby palącej papierosy lub co gorsza żującej tytoń. Na wspomnienie tych fotografii robiło jej się niedobrze. - Moi rodzice są dentystami.
- Kim? - chłopak pierwszy raz miał styczność z tym określeniem
- Dentystami. Leczą zęby mugoli. - wyjaśniła. - ...ale w jego biblioteczce jest taka półka, gdzie są normalne książki. Powieści przygodowe i fantastyczne, romanse, książki historyczne... - zatopiła się w wspomnieniach.
Znów była tą małą, niespełna siedmioletnią dziewczynką, która zakradała się do gabinetu ojca i podsuwała sobie stołek by sięgnąć po książkę, która kusiła ją kolorową okładką i zdawała się szeptać Przeczytaj mnie! Przeczytaj!
Któregoś dnia miała ochotę Przypadki Robinsona Crusoe i już miała przyciągnąć sobie krzesełko, kiedy książka sama zfrunęła z półki i wylądowała bez szwanku na biurku.
To był chyba jeden z przejawów czarodziejskiej mocy, który najbardziej utkwił jej w pamięci.
- Hermiona? - głos Fred wyciągnął ją z zamyślenia.
- Wybacz. Trochę się zamyśliłam.
Chłopak zastukał różdżką w gramofon. Pokój wypełniły głos wokalisty Fatalnych Jędz.
Move your body like hairy troll! [...]
- Mogę panią prosić?! - zapytał rudzielec przekrzykując muzykę i podając jej dłoń.
- Oczywiście! - odpowiedziała i  nie będąc pewna, czy usłyszał pokiwała głową.
Pociągnął ją za rękę i już mkneli po parkiecie wykrzykując kolejne wersy Do the hippogiff.
[...] I boogie down like a unicorn
No stoppin' till the break of dawn [...]

Obróciła się kilka razy, aż zakręciło jej się w głowie.
[...] Can you dance the hipogriff?
Ma ma ma, ma ma ma, ma ma ma [...]

Nawet nie zdała sobie sprawy, kiedy chłopak wziął ją na ręce.
[...] Shake your booty like a boggart in pain
Again and again and again [...]

Zabrzmiała ostatnia przedłużona nuta i głośne Yeah!, a ona wylądował bezpiecznie na ziemi.
Zmieniła się piosenka. Kołysali się w takt muzyki wtuleni w siebie, zapominając o bożym świecie, tak jakby nie istniało nic prócz jej roześmianej twarzy jego śmiejących się oczu.
Pocałowała go. Ale ten pocałunek był jakiś inny. Nie była to ta upojna chwila niewysłowionego szcześcia, jaką pamiętała. Tak, jakby coś go trapiło. Martwił się czymś?
Spojrzała mu w oczy. W brązowych tęczówkach dostrzegła cień czegoś, co wyglądało, jak... poczucie winy? Jakaś ukryta obawa?
Posłała mu pytająco spojrzenie.
Spuścił wzrok.
Co jest grane? Coś jest nie tak.
Wziął na ręce i delikatnie posadził na kanapie. Sam usiadł obok.
Sięgnęła po ładnie oprawiony egzemplarz Romeo i Julli, otworzyła na przypadkowej stronie i zaczęła czytać na głos wodząc smukłymi palcami po linijkach małych, czarnych, znaków.
Fred słuchał uważnie, a to wcześniejsze zmartwienie ukrył pod maską przedstawiającą zaciekawienie i nie odrywał wzroku od jej ust, ale Hermiona nie była pewna, czy dlatego, że czytała, czy może dlatego by nie patrzeć jej prosto w oczy.
Nagle zatrzasnęła książkę, tak niespodziewanie, że chłopak drgnął na swoim miejscu.
- A gdyby...? - do głowy przyszło jej pytanie zainspirowane prawie pięćsetlenią historią kochanków z Werony. - Gdyby twoi rodzice nienawidzili szlam i mugoli? Co byś zrobił?
- Uciekłbym z tobą na koniec świata. - szepnął.
Zegar na ścianie wskazywał wpół do dziewiatej wieczorem. Dziewczynie zdawało się, że ktoś zaczarował wskazówki, by poruszały się conajmniej dwa razy szybciej.
- Trochę zgłodniałam. Niestety przegapiliśmy kolację. - zła była na siebie, że myśli teraz o jedzeniu, ale żołądek nie dawał zapomnieć o swoim istnieniu.
- Zastanawiałem się właśnie czemu ten pokój nie wyczarowuje jedzenia. - mruknął Fred drapiąc się po głowie.
- Jedzenie jest pierwszym z wyjątków Gampa. - oświadczyła, jakby to było tak oczywiste, jak fakt, że Ziemia jest okrągła.
- Jest na to rada. Chodź! - chwycił ją za ręką i opuścili Pokój Życzeń.
Po drodze musieli kilkakrotnie chować się za zbroją lub w jakiejś pustej klasie by uniknąć spotkania z Filchem lub Irytkiem.
Dziewczyna cały czas przyglądała się rudzielcowi badawczo. Chłopak cały czas zdawał się uciekać przed jej spojrzeniem, tak jakbym działało ono niczym vitaserum.
Coś przed nią ukrywał - przenajmniej tak podejrzewała. Z jednej strony bał jej powiedzieć, z drugiej miał wyrzuty sumienia. Nie musiała być mistrzem legimencji by się tego domyśleć.
W końcu odważyła się zapytać go wprost:
- Coś cię martwi?
- Mnie? Skąd? Dlaczego tak myślisz?! - udał zdziwienie.
Czy to nie dziwne? Tak często, udawało mu wymigać od szlabanów snując zawiłe i barwne historie, a jej nie potrafił okłamać.
- Już nic. - mruknęła.
Schodzili stromymi schodami, skręcali w nieznane jej skróty, a on nadal unikał jej spojrzenia, jakby była bazyliszkiem.
W końcu skręcili w znajomy korytarz.
- Idziemy do kuchni, prawda? - zapytała
Pokiwał głową.
Chciała zaprotestować i już otwierała usta, ale rudzielec położył na nich palec, a drugą ręką połaskotał gruszkę na obrazie przedstawiającym misę z owocami, a ta zachichotała, niczym małe dziecko i zamieniła się w mosiężną klamkę.
Kiedy ukryte drzwi otworzyły się uderzyła ich mieszanina najróżniejszych zapachów: od domowej szarlotki przez pudding i tartę z melasą po cynamon, oregano, curry i inne przyprawy.
Pomieszczenie wyglądało dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy Hermiona zobaczyła je po raz pierwszy.
Stało tam pięć ogromnych stołów odpowiadającym tym w Wielkiej Sali. Na nich ustawiano posiłki, które znikały w pojawiały się na górze.
Na ścianach wisiały patelnie i garnki o róznych kształtach i obrazy przedstawiające misy z owocami, pieczone prosiaki, kaczki i półmiski pełne przystawek, na których widok ciekła ślinka i złote puchary pełne czerwonego wytrawnego wina.
Około setki skrzatów domowych o nietoperzych uszach i wielkich wyłupiastych oczach odzianych w serwetki z godłem Hogwartu krzątało się po pomieszczeniu.
Trzy z nich podbiegły do nich.
Wśród nich był Zgredek, który od swoich współbratyńców odróżniał się tym, że nie miał na sobie serwetki, a conajmniej trzy par skarpetek (trudno było to oszacować) siegających mu do kolan, koszulkę, spodenki i czapkę z ocieplacza na czajnik.
- Panienka jest przyjaciółką Harry'ego Pottera! - zawoła kłaniając się Hermionie.
- Witaj Zgredku! - dziewczyna przywitała się grzecznie.
- A sir często tu bywa ze swoim bratem bliźniakiem. - zaskrzeczał skrzat do Freda
- Zgadza się. - potwierdził chłopak.
- Niewielu uczniów wie o ukrytym wejściu do kuchni, sir. Zgredek może ich wszystkich wymienić.
- To jest ktoś poza mną, George'em, Harry, Ronem i Hermioną, kto wie jak tu się dostać? - zdziwił się rudzielec.
- Och tak, sir! Taka dziewczynka z wielkimi rozmarzonymi oczami, która opowiada różne dziwne rzeczy. Jest bardzo miała dla Zgredka. Zawsze prosi o zieloną herbatę. Mówi, że to chroni przed jakimiś stworzeniami, ale niestety Zgredek nie pamięta, jak się nazywają.
Luna, pomyśleli jednocześnie Fred i Hermiona.
-...i jest jeszcze jeden chłopiec, sir. - kontynuował swoją opowieść skrzat. - Z Domu Węża. - zniżył głos do szeptu. - On często bywał u moich poprzednich panów ze swoim ojcem. Przychodzi tu najczęściej wcześnie rano i chce tylko czarnej kawy bez mleka i cukru. Dziwny to chłopiec, sir. Zgredek jeszcze nigdy nie widział go uśmiechniętego.
- Chyba wiem, o kim mówisz, Zgredku. - mruknęła Granger. - Ten chłopak jest na moim roku. Podobno jego matka zmarła w Mungu na jakąś tajemniczą chorobę. Nazywa się Teodor Nott, o ile dobrze pamiętam.
Kiedy oni byli zajęci rozmowa ze skrzatem pozostałe dwa podsuwały im najróżniejsze smakołyki. Dziewczyna grzecznie odmawiała, ale Fred napychał sobie kieszenie ciastkami, pasztecikami z dyni i kawałkami szarlotki zawiniętymi w serwetki do granic wytrzymałości niezważając na zgorszoną minę współtowarzyszki.
W końcu jednak i ona uległa przyjmując od skrzatki odzianej w serwetę kubek gorącego kakao.
- Skąd wiesz tyle o tym Nocie? - zapytał rudy zaintrygowany, kiedy wracali do pokoju wspólnego.
- Jego ojciec był wśród tych śmierciożerców, którzy byli świadkami odrodzenia Sam-wiesz-kogo na cmentarzu w Little Hangleton, tam gdzie zginął Cedric Diggory. - mruknęła ponuro. - Harry, mi mówił. No i poszukałam trochę w Genealogii rodów czystej krwi i znalazłam.
- Jego ojciec jest śmierciożercą?! - chłopak o mało nie zadławił się kawalkiem pasztecika z dyni.
- To cię tak dziwi? Rodzice co drugiego Ślizgona są śmierciożercami.
- Trudno, żeby fakt, że na twoim roku jest kolejny przyszły śmierciożerca nie zrobił na mnie wrażenia.
- Przyszły śmierciożerca? Skąd możesz wiedzieć, że pójdzie w ślady ojca?
- Wszyscy Ślizgoni są tacy sami.
- Życie mnie nauczyło, że pozory czasem mylą, Fred. - wzdrygnęła się, kiedy poczuła bijący z własnego głosu chłód.
Miała do niego pretensje. Ewidentnie coś przed nią ukrywał. Ale ona nie jest taka. Nie będzie mu robić wyrzutów. Dam szansę by sam powiedział prawdę.
Ale nie powiedział. Choć do północy siedzieli w opustoszałym pokoju wspólnym przegryzając ciastka i popijąc kakao.
Śmiał się, ale ona wiedziała, że to tylko przykrywka, maska. Coś wyrażnie go martwiło, niepotrafił tego ukryć. Dalej unikał jej spojrzenia, jak ognia i udawał, że wszystko jest ok.
Ale ona wiedziała, że nie.
Mimo to, poczeka.

Rozdział VIII - Nieudany szantaż


VIII.

,,Another senimental argument
and bitter love
fucked without a kiss again
and dragges it trough the mud" 



Chłopak nie mógł zasnąć. Podniósł się z łóżka z wyraźną niechęcią. Z wyraźnym obrzydzeniem spojrzał na swoje odbicie w lustrze.
Przetarł rękawem piżamy zaparowane okno. Trawę na błoniach pokrywał szron, powoli nadchodziły chłodne dni. Niebo było zachmurzone, ale nie padało.
Ponura pogoda zdawała być odzwierciedleniem jego podłego nastroju.
Stracił jakąkolwiek chęć do życia. Hermiona wybrała Freda. Otwarcie się do tego przyznała.
W dodatku nazwała go egoistą. A może po części miała rację?
Może rzeczywiście, on - Ronald Bilius Weasley nim jest? Może faktycznie zachowuje się, jak rozkapryszone dziecko, dla którego liczy się tylko odzyskaniem swojej "zabawki".
W jego sercu nadal tliła się iskierka nadziei.
Może Hermiona jeszcze zmieni zdanie?
Nie! - zagrzmiał rozsądek.
Ona wybrała Freda i musisz się z tym pogodzić.
Ron nie potrafił. Nie potrafił przyjąć tego do wiadomości. Dalej kipiała w nim nienawiść do bliźniaka. Nadal życzył mu jak najgorzej.
Ronaldzie Weasley, nie przez przypadek zostałeś umieszczony w Gryffindorze. Nie możesz żyć nienawiścią!
Chłopak zdał sobie sprawę, że cały dygoce z wściekłości.
Poczuł czyjąś dłoń na ramieniu.
- Długo tak nie pociągniesz, uwierz mi. - mruknął ponuro Harry.
- Ja ją nadal kocham, rozumiesz? Nie mogę patrzeć, jak on ją... - załamał mu się głos. - Harry, bez niej moje zycie straciło jakikolwiek sens.
- Wiem, że ją kochasz, ale nie możesz się tak zadręczać. To niczego nie zmieni.
- Niczego nie zmieni? Bo w jej oczach zawsze będę nic nie wartym śmieciem gorszym od niego. Tak?
- Ron, na miłość boską weź się w garść i przestań się nad sobą użalać! - wrzasnął czarnowłosy budząc resztę współlokatorów.
- Co się stało?! - przerażony Neville zerwał się z łóżka i odsłonił kotarę.
- Też chcielibyśmy wiedzieć. - dodali Dean i Seamus przecierając oczy.
- Nic. Możecie spać dalej. W końcu dziś sobota. - mruknął Harry.
- Weź się w garść? Łatwo ci mówić. - burknął Ron, kiedy Thomas, Finnigan i Longbottom wrócili do łóżek. - Wątpię żebyś kiedykolwiek czuł coś takiego do dziewczyny. Zawsze jesteś zajęty ratowaniem świata czarodziejów. ,,Chłopciec, Który Przeżył" nie ma czasu na tak przyziemne sprawy.
- Ah, tak? Skoro tak sądzisz to nie widzę sensu dalszej rozmowy. - Potter wrócił do łóżka i zasłonił kotarę.
Wściekły Ron cisnął poduszką o ścianę kląc pod nosem.
Wiedział, że nie zdoła zasnąć.
Ubrał się i częściowo doprowadził do porządku swój wygląd.
Uchylił lekko drzwi do pokoju wspólnego by sprawdzić, czy nikogo tam nie ma i usłyszał znajome głosy.
-...chcę jej powiedzieć, George. - upierał się Fred. - Ona już się domyśla, że cos przed nią ukrywam. Wpadła na mnie w bibliotece, kiedy oddawałem tą książkę.
- Czemu mi o tym wczesniej nie powiedziałeś?! - oburzył się George.
- Spokojnie, zasłoniłem tytuł ręką. - zapewnił go jego bliźniak. - Ale jednocześnie dałem jej powody do podejrzeń.
- Żałuję, że nie składaliśmy Wieczystej Przysięgi. O nic byś mnie teraz nie prosił.
- Oszalałeś? Wieczysta Przysięga?! Przecież wiesz, co się dzieje kiedy ją złamiesz, nawet przypadkowo.
- Wiem, wiem. - przeciągnął palcem po szyi. (Ron dostrzegł ten gest, bo George siedział dokładnie na przeciwko schodów do jego dormitorium.) - Ale wtedy wszystko byłoby prostsze. Nie po to przez ostatnie dwa lata strzegliśmy naszej tajemnicy, żebys teraz ty wszystko wypaplał dziewczynie, którą się zauroczyłeś.
- Darzę ją zaufaniem i chcę jej powiedzieć!- oburzył się Fred
- Ciiii! Jeszcze ktoś was usłyszy. - do rozmowy przyłączył się Lee Jordan, który do tej pory przysłuchiwał się wymianie zdań między braćmi. - Moim zdaniem powinniśmy wstrzymać się trochę z decyzją.  Trzeba się nad tym powaznie zastanowić. Jeżeli ta informacja dotrze do kogoś nieodpowiedniego możemy mieć niezłe kłopoty.
- Chyba masz rację. - powiedzieli jednoczesnie bliźniacy.
Wszyscy trzej podnieśli się z foteli i wrócili do swojego dormitorium.
Serce Rona przyspieszyło. Oni coś ukrywają! Przysięga Wieczysta, możemy mieć niezłe kłopoty - to chyba na prawdę coś poważnego.
I nagle chłopak wpadł na pomysł.
Przecież teraz ma Freda w garści. Wystarczy tylko trochę umiejętności aktorskich.
Uda, że wie więcej niż w rzeczywistości.
Musi tylko być z Fredem na osobności.


*


- Ron chodzi ostatnio załamany. - mruknęła Lavender przeżuwając leniwie swojego naleśnika.
- Oh, daj spokój, Lav! Nie mów, że ten Weasley ci się podoba. - Parvati spojrzała ze zdziwieniem na najlepszą przyjaciółkę.
- A nawet jeśli...
- Czyli ci się podoba! - przerwała jej Patil. - Mówię ci, Lavender daj sobie spokój. Przecież on nadal kocha Hermionę - dlatego jest taki załamany.
- Ale ona go nie, co oznacza, że jest wolny.
- No i co z tego? To nie jest chłopak dla ciebie.
- Dlaczego?
- Bo nie!
- Widzisz! Nawet nie masz argumentów!
- On nawet nie zwróci na ciebie uwagi!
- Skąd wiesz?
- Nie trzeba być geniuszem żeby to wiedzieć. - Parvati siegnęła po sok dyniowy. - O wilku mowa - właśnie tu idzie.
Rzeczywiście - w ich stronę szedł wysoki, piegowaty rudzielec z rękami w kieszeniach jeansów. Opadł na wolne miejsce obok nich.
Patil westchnęła ciężko. Nie uśmiechało jej się pełnienie roli swatki.
- Cześć Ron! Jak się masz? - zawołała dziarsko Lavender.
- Że niby co mam jak? - rudy spojrzał na nią obojętnym wzrokiem.
Parvati zachichotała.
- Pytałam o samopoczucie. - sprecyzowała Brown. - Humor. - dodała
- Samopoczucie? Oh, jak widzisz nie najlepsze. Szczerze mówiąc : fatalne.
- Mogę ci jakoś pomóc?
- Obawiam się, że nie.
- Chciałabym wiedzieć, jak mogę poprawić ci humor. Rozumiem, że cierpisz, ale...
- I tu jest właśnie problem. - przerwał jej. - Nie rozumiesz.
- Ale ja chciałam tylko... - Lavender była bliska płaczu.
- I co? Zadowolony jesteś z siebie?! - wybuchła Patil przysłuchująca się ich rozmowie. - To, że dziewczyna dała ci kosza nie oznacza, że możesz bezkarnie ranić wszystkie inne! Jesteś podłym egoistą! Życzę powodzenia w dalszym użalaniu się nad sobą! - chwyciła przyjaciólkę za rękę i odeszły w stronę Sali Wejściowej.
I znowu został nazwany egoistą! Czyli jednak nim jest?
Może faktycznie za bardzo się skupia na swoim cierpieniu i rani przez to innych ludzi.
Ale z drugiej strony... czego chciała od niego Lavender? Przyczepiła się go, jak rzep psiego ogona. Mogę ci jakoś pomóc? ...poprawić humor - niby, co to miało znaczyć?
Czyżby ona go podrywała?
Ostatnia rzeczą, jakiej teraz potrzebował było zbędne towarzystwo tej dziewczyny.
Nic do niej nie miał, ale teraz był zajęty czymś innym.
Miał przydatne informacje i chciał je jak najlepiej wykorzystać.
Musi tylko ,, porozmawiać" z Fredem na osobności.
Śledził go w drodze na śniadanie, ale cały czas ktoś mu towarzyszył. Najpierw George i Lee, później Hermiona...
Kiedy chłopak wstał od stołu - ruszył za nim. Teraz była z nim Ginny. Rozstali się przy schodach prowadzących do pokoju wspólnego.
Obok Ginny zjawił się Corner i odeszli gdzieś razem. Fred odłączył się od nich i wspiął sie po schodach do wieży Gryffindoru.
Ron nie odstępował go na krok.
Pod tablicą z ogłoszeniami w pokoju wspólnym zgromadził się spory tłum.
Bliźniak zaczepił Creevey'a, który właśnie przeciskał się między podekscytowanymi Gryfonami.
- O co chodzi?
- McGonagall wywiesiła daty wyjść do Hogsmeade. - wyjaśnił blondyn. - Pierwsze ma być 17 października.
- Hmmm... Trochę późno, nie uważasz?
- Może Umbridge maczała w tym palce. - zażartował Colin i odszedł do swojego brata Dennisa machającego ręką w jego stronę.
Fred odszukał w tłumie Lee Jordana. Rozmawiali o czymś ściszonymi głosami, Ron nie miał szans by usłyszeć cokolwiek tym bardziej, że w pokoju wpólnym było dosyć głośne.
Okazja do ,,rozmowy" nadarzyła się dopiero po obiedzie, kiedy chłopak skierował się do toalety i conajważniejsze nikt zbędny mu nie towarzyszył.
Kiedy Ron wszedł do środka Fred opierał się o umywalkę.
- Oh, Freddie! - udał zaskoczenie. - Jak dobrze się składa! Właśnie...
- Daruj sobie. Wiem, że mnie śledziłeś. Czego chcesz?
- Porozmawiać.
- Porozmawiać?! Nie rozmieszaj mnie! Chyba nie mamy o czym.
- A właśnie, że mamy.
- Nie sądzę. - chłopak juź miał chwycić za klamkę i opuścić toaletę...
- Znam wasz sekret. - powiedział Ron głośnym szeptem.
- Jak? - ręka Freda zawisła w powietrzu.
Ryba połknęła haczyk.
- Nie ważne jak. Ważne, że wiem. - uśmiechnął się ironicznie. - A teraz mnie posłuchaj. Tylko uważnie, bo nie będę powtarzać. Powiesz Hermionie, że jej nie kochasz i że nie możecie się już więcej spotykać. Masz czas do poniedziałku do 16:00. Jeżeli tego nie zrobisz ty, George i Lee możecie mieć niezłe kłopoty. Wszystko jasne, tak?
- Szczerze wątpię! - zawołał George wparowując do łazienki razem z Lee Jordanem. Z kieszeni rudzielca zwisał cielisty sznurek od Ucha Dalekiego Zasięgu.
- Jak... wy?
- Fred nam powiedział, że od rana go śledzisz. Postanowiliśmy dać ci nauczkę. - powiedział Lee.
- Nie sądzę żebyś znał naszą tajemnicę. Jest odpowiednio strzeżona. - mruknął George. - Najprawdopodobniej podsłuchałeś naszą poranną rozmowę.
- Następnym razem musimy być bardziej ostrożni, chłopaki. - Lee chwycił za różdżkę. - Obliviate !


*


- Dzisiaj, kiedy razem z Michaelem wracaliśmy z biblioteki przypadkiem podsłuchaliśmy, jak Snape i McGonagall się kłócili. - mruknęła Ginny drapiąc Krzywołapa pod szyją. - Zgadnij o co!
- Nie mam zielonego pojęcia. - Hermiona odrzuciła swój egzemplarz Tysiąca magicznych ziół i grzybów na stolik.
- W czasie obiadu ktoś ukradł ostatnia buteleczkę wielsokowego z gabinetu Snape'a.
- Po co komu eliksir wielosokowy? To podejrzane. Niech zgadnę! Oskarżył Gryfonów.
- Oczywiście. Chciał żeby przeszukać pokój wspólny. Mówił, że to z pewnością sprawka ,,Pottera i jego przyjaciół".
- A McGonagall?
- Wkurzyła się, a jakże. Nawrzeszczała na niego, że bez dowodów nie ma prawa oskarżać jej uczniów.
- A nie mogli użyć zaklęcia przywołującego?
- Snape podobno próbował.
- Hmmm. Ciekawe. Czytałam kiedyś, że istnieją miejsca, w których to zaklęcie nie działa, ale jest ich bardzo niewiele. Albo istnieje też bardziej prawdopodobna możliwość - ktoś wyniósł eliksir z zamku.
- A zaklęcia ochronne? I te wszystkie inne zabezpieczenia.
- Zapominiałam o nich. Kurdę. Myślisz, że w Hogwarcie istnieje takie miejsce?
- Nie mam pojęcia. - Ginny wzruszyła ramionami.