Sunday, 28 October 2012

Rozdział V Co się ze mną dzieje?!


 



V.

Promienie słoneczne wkradały się przez szparę w kotarze. Światło padało na bladą twarz Hermiony i na jej gęste, kręcone włosy rozrzucone na poduszce.
Dziewczyna obudziła się. Odsunęła kotarę. Jej wzrok powędrował w stronę nocnej szafki.
Leżało tam płaskie pudełko.
- Czyli to jednak nie sen? - powiedziała tak cicho, że tylko ona sama była w stanie to usłyszeć.
Szeroko ziewnęła i zaczęła się ubierać.
Splotła gęste włosy w warkocz i chwyciła pudełko.
Otworzyła je.
Na aksamitnej, szkarłatnej poduszeczce połyskiwał złoty wisiorek w kształcie serca.
Założyć go? Położyła go na szkolnym mundurku.
W końcu nie rzuca się tak bardzo w oczy. Ostatecznie doszła do wniosku, że i tak nie będzie go widać, bo założy pelerynę i zapięła go na szyi.
- Jaki ładny! - pisnął głos za plecami. Obróciła się. Ujrzała Parvati Patil szczerzącą zęby w uśmiechu.
- Dzięki. - wymamrotała i czym prędzej opuściła dormitorium chcąc uniknąć dalszych pytań.
Wielka Sala powoli zapełniała się uczniami. Odnalazła Harry'ego i Rona i usiadła między nimi.
Wybraniec uśmiechnął się serdecznie na na jej widok. Odwzajemniła uśmiech i spojrzała z wyrzutem na Weasley'a, który nadal miał naburmuszoną minę.
Wkrótce pojawiła się profesor McGonagall i wręczyła wszystkim plany zajęć.
- No nie! - mruknęła Granger do Harry'ego wodząc palcem po kartce. - Po południu mamy dwie godziny eliksirów ze Snape'em i Ślizgonami.
- Dwie godziny siedzenia w ciemnych lochach i znoszenia drwin Malfoy'a i Snape'a podczas, gdy na dworze taka ładna pogoda. A wcześniej mamy lekcje z tą Umbridge. Nie!
Ron wymamrotał coś niezrozumiałego, ale było widać, ze też jest niezadowolony.
Jak z pod ziemi tuż za nim wyrósł George.
- Nie zadroszczę. - powiedział zerkając na plan brata. - Całe szczęście my z Fredem nie mamy już eliksirów. Prawda, Freddie?
- Prawda. - tuż obok niego równie niespodziewanie pojawił się jego bliźniak. - I historii magii też nie. - powiedział wskazując na pierwszą lekcję na planie Hermiony.
- Po sumach odpadnie wam sporo zajęć. - mruknął George klepiąc Rona i Harry'ego po plecach. - Chodź, Fred. - zwrócił się do bliźniaka. - Lee na nas czeka w Sali Wejściowej.
- Idę, idę. - bąknął, ale nie ruszył sie z miejsca, wciąż wpatrując się w plan Hermiony. - Idę! - krzyknął kiedy George szarpnął go za ramię. - Cześć chłopaki! Cześć Hermiono! Ładnie dziś wyglądasz! - zawołał oddalając się w kierunku Sali Wejściowej.
Granger spłonęła rumieńcem. Mało brakowało, a schowała by się w misce owsianki.
Ron otworzył szeroko usta i spojrzał na nią. Potem na znikającego w tłumie Freda. I znowu na nią.
- CO?! - oburzyła się Granger, a rumieniec szybko znikł z jej twarzy. - Twój brat był na inteligentny, że zauważył iż jestem dziewczyną z czym ty od pięciu lat masz poważny problem. DZIEWCZYNĄ, RON! MÓWI CI TO COŚ?! - wściekła wymaszerowała z Wielkiej Sali.
Rudzielec patrzył, jak burza brązowych, loków znika w tłumie.
- O co jej chodzi?! - spojrzał z nadzieją na Harry'ego
- Ona ma trochę racji, Ron. - powiedział nieśmiało Harry. - Zbyt często traktujesz ją, jak kumpla. Albo jak maszynę do odrabiania prac domowych.
- Taaak, wspaniale! - zawołał wściekły Ron. - Jestem totalnym przygłupem, w dodatku pozbawionym uczuć! To chciałeś powiedzieć?! - krzyknął, a grupa drugoklasistek wstających właśnie od stołu zachichotała pokazując go sobie palcami. - Bardzo śmieszne! - ryknął w ich stronę. Jego twarz miała prawie taki sam kolor, jak włosy. Wybiegł z Wielkiej Sali, potrącając jakiegoś pierszoroczniaka. - Uważaj jak chodzisz! - wrzasnął i zniknął w tłumie.


*


Przez całą historię magii Hermiona nie mogła się skupić.
Z nużącego wykładu profesora Binnsa docierały do niej pojedyncze słowa i w dodatku te najmniej istotne.
Siadła z Harrym niepowstrzymującym się wcale od szerokiego ziewania.
Ron, nadal obrażony dosiadł się do stolika Deana i Seamusa, w końcu klasy.
Wybraniec oparł się łokciami na ławce, a okulary osunęły mu się na czubek nosa.
Spojrzał tęsknie w stronę okna. Pogoda była wspaniała. Idealne warunki do gry w quidditcha.
Oddałby worek galeonów, by móc dosiąść swojej Błyskawicy, okrążyć boisko, spróbować Zwodu Wrońskiego, chwycić w dłoń maleńką, trzepoczącą się piłeczkę i usłyszeć radosny ryk Gryfonów.
Do pierwszego meczu międzydomowych rozgrywek w quidditchu pozostawał jeszcze ponad miesiąc.
Spojrzał na Hermionę. Nawet jej trudno sie było skupić.
Nie, to z pewnością nie przez pogodę. Czy kłótnia z Ronem tak nią wstrząsnęła ? Jeszcze nigdy żadna sprzeczka nie spowodowała u niej braku koncentracji. Coś musi być nie tak.
Ale, czy rzeczywiście chodzi o Rona?
A może...a może to przez to co powiedział Fred?
Nie. To nie możliwe.
A może jednak? Może to nie był zwykły komplement.
Nie, na pewno nie. Fred i Hermiona?! Z trudem stłumił śmiech.
A jeśli na prawdę Fred coś do niej czuje...
Zadzwonił dzwonek, a profesor Binns zniknął w tablicy.
Hermiona wstała i wepchnęła książki byle jak do torby i wyszła z klasy nieoglądając sie za siebie.
CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE?! - zagrzmiał głos rozsądku. - Nigdy nie miałam problemów z koncentracją!
Jej dłoń machinalnie powędrowała do wisiorka.
Nie bądź głupia! To nie wina magii! Po prostu za bardzo się wszystkim przejmujesz.
Tylko czym? Owszem, uraziło ją to, co zrobił Ron. Ale bez przesady!
Kiedy Fred powiedział, że ładnie dziś wygląda poczuła się dziwnie. Serce wyraźnie przyspieszyło, a na twarz wkradł się rumieniec. A jeśli ten komplement miał coś znaczyć?
Jeśli chciał jej dać do zrozumienia, że mu się podoba?
Daj sobie spokój! Nie rób sobie nadziei! - odezwał się rozsądek. - To jest brat Rona. STARSZY BRAT RONA! - zagrzmiał
Otrząsnęła się z zamyślenia i stanęła przed klasą obrony przed czarną magią.


*


Umbridge kazała im czytać rozdział z podręcznika i co jakiś czas wtrącała tylko ,,Nie rozmawiać.". Za to Snape ich nie oszczędził. Najpierw ośmieszył Harry'ego przed całą klasą opróżniając jego kociołek, mimo iż jego wywar nie wyglądał lepiej od mikstury Malfoy'a, która przypominała smarki, a potem zadał im wypracowanie na dwie stopy pergaminu.
Na kolacji Ron nadal się do nich nie odzywał udając, że prowadzi ożywioną rozmowę z Nevillem o quidditchu, ale w rzeczywistości cały czas zerkał w ich stronę.
Hermiona postanowiła, że poczeka aż to on ją przeprosi. W końcu wina leżała w większości po jego stronie.
Przy stole pojawiła się rozpromieniona Ginny.
- Zadali wam coś? - zapytała siadając obok Granger.
- Wypracowanie z eliksirów. Dwie stopy pergaminu. - mruknął ponuro Wybraniec poprawiając okulary.
- Mi na szczęście nic. - zaświergotała wesoło sięgając po sok dyniowy.
- Widzę, że masz dobry humor. - zauważyła Hermiona
- Owszem.
Kujonka oczekiwała, że mała Weasley udzieli nieco bardziej wyczerpującej odpowiedzi. Nie nalegała jednak, by zdradziła jej więcej szczegółów.
Ginny wyjątkowo szybko odeszła od stołu i zniknęła gdzieś ze swoim chłopakiem.
Granger przyłapała się na tym, że w tłumie wypatruje Freda. W końcu oderwała się od stołu i ruszyła do pokoju powtarzając sobie, że musi napisać wypracowanie dla Snape'a próbójąc wyrzucić z myśli roześmianą twarz rudzielca, a Harry poczłapał za nią.
Ona i Wybraniec siedzieli nad nim do późna. Pokój współny całkiem opustoszał, kiedy wreszcie Hermiona wręczyła Harry'emu poprawione wypracowanie i oboje rozeszli się do swoich sypialni.


*


To był najgorszy pierwszy tydzień nauki, jaki kiedykolwiek przeżyła.
Żaden z nauczycieli ich nie odszczędzał.
Wszyscy ostrzegali ich przed czekającymi ich w tym roku SUM-ami.
Hermiona nie miała zbyt wiele czasu by rozmyślać o Fredzie ani też o osobie, która wysłała jej naszyjnik.
W środę, przed transmutacją Ron ją przeprosił. Pogodził sie też z Harrym.
Ich wzajemne stosunki wyraźnie się ociepliły.
Granger, jak tylko mogła pomagała im w trudnych pracach domowych, radziła, kiedy ćwiczyli skomplikowane zaklęcia dla Flitwicka i McGonagall wkładając w to całe serce.
Prawie cały swój wolny czas poświęcali na powtarzanie formułek i pisanie wypracowań.
Cała trójka była niezmiernie szczęśliwa kiedy nadeszła sobota.
Sobotni poranek przywitał ich wyjątkowo słoneczną pogodą.
Tuż po śniadaniu ze swoimi pracami domowymi przenieśli się na błonia.
Usiedli na trawie, pod starym bukiem rosnącym na skraju jeziora - w swoim ulubionym miejscu.
Hermiona szybko skończyła swoje wypracowanie i zajęła się pracą Rona.
Po poprawieniu kilku błędów ortograficznych i wykreśleniu kilku niepotrzebnych lub bezsensownych zdań położyła pergamin na kolanach rudzielca i padła na trawę.
- Mam dość. - oświadczyła stanowczo
- My też. - odpowiedzieli chórem Harry i Ron.
- Ale ja mam więcej roboty niż wy. Mam więcej przedmiotów. Poza tym sprawdzam jeszcze wasze wypracowania. Nie chcę żeby to zabrzmiało obraźliwie, ale moglibyście czasem wysilić mózgi i słuchować na lekcji albo chociaż pójść do bibli... - przerwała, bo Weasley chwycił nagle za jej wisiorek
- Skąd go masz? Wcześniej go nie nosiłaś.
- Bo dostałam go niedawno. - odparła zdziwiona. - Dlaczego pytasz?
- Wydaje mi się że gdzieś go już widziałem...
- Gdzie?
- Nie pamiętam. - mruknął drapiąc się po brodzie
- Może na jakiejś wystawie, w sklepie? - podsunęła mu. Liczyła, że dzięki chłopakowi uda jej się poznać tego, kto wysłał naszyjnik.
- Nie. Na pewno nie... A skąd go masz?
Hermiona obawiała się tego pytania. Nie. Nie mogła powiedzieć mu prawdy. Palnęła pierwszą rzecz jaka jej przyszła do głowy:
- Od rodziców.
- Aha. - chłopak zmierzwił włosy. - Patrzcie! Ta chmura wygląda, jak smok! - zmienił temat wskazując palcem w niebo.
- Przecież to jest sklątka tylnowybuchowa! - oburzył się Harry poprawiając okulary.
- Jestem pewna, że to jest chochlik! - oznajmiła poważnym tonem Granger świetnie naśladując Percy'ego.
Cała trójka wybuchła śmiechem.
- Ta tutaj wygląda, jak Umbridge. - powiedział Wybraniec.
- Zgadzam się. - odparł Ron, a Hermiona pokiwała głową.
- Zupełnie zapomniałem, że mam u niej szlaban. - mruknął ponuro Harry
- Przeżyłeś spotkanie z Sam-wiesz-kim - przeżyjesz i to. - pocieszył go przyjaciel
- Może chodźmy już do zamku? - zaproponowała Hermiona
- Taaa. Zaraz powinien być obiad. - powiedział Wybraniec.
Ruszyli dziarsko przez błonia w stronę zamku.
W Wielkiej Sali wpadli na Ginny i Michaela trzymających się za ręce. Uszy Rona przybrały barwę szkarłatu.
- Już ja sobie z nią porozmawiam. - burknął pod nosem
- Ron! - oburzyła się Hermiona. - Ona ma prawo spotykać się z kim chce.
- Ale, ale... - Ron skrzywił się, bo Krukon właśnie objął jego siostrę w pasie i namiętnie pocałował. - Oh, nieważne. - mruknął i zajął  miejsce między Granger a Harrym.
Kujonka nie odezwała się już ani słowem. Bał się, że temat wybranków serca Ginny może być nowym powodem do kłótni. Jeśli chodzi o sprawy sercowe to ona i Ron mieli zupełnie inne zdania na ten temat. Wiedziała, że nie uda się jej go przekonać do tego, że to ona ma rację więc postanowiła, iż na razie nie będzie przy nim wspominać o takich rzeczach mając nadzieję, że rudzielec kiedyś wreszcie dorośnie.
Po obiedzie wrócili do pokoju wspólnego.
Ron namówił Seamusa na partię czarodziejskich szachów. Harry wodził palcem po mapie Huncwotów, a Hermiona usadowiła się wygodnie w fotelu i zagłębiła w Historii Hogwartu - swojej ulubionej lekturze. Wieża Finnigana właśnie opuściła szachownicę z jękiem, kiedy do pokoju wpadła Ginny.
- Hermiono, mam sprawę!
- Słucham? - zapytała kujonka, niechętnie odrywając się od książki.
- McGonagall zadała nam piekielnie trudne wypracowanie z transmutacji i mam problem ze znalezieniem informacji. - powiedziała na jednym wdechu. - Oczywiście w bibliotece. -dodała pospiesznie.
- Dobrze pomogę ci, ale...
- Oh, to wspaniale. - zapiszczała i złapała ją za rękę, poczym obie znikły w dziurze pod portretem.
- Wypracowanie z transmutacji? Coś mi tu śmierdzi. - mruknął rudy
- Wybacz Ron, ale muszę już iść. - powiedział smutno Harry. - No wiesz ten szlaban.
Wybraniec rzucił mu Mapę Huncwotów na kolana i opuścił pokój wspólny.
- Ja też muszę iść. Miałem pójść do sowiarni.
- Nie ma sprawy. - odparł Ron, a Seamus zniknął w dziurze pod portretem.
Chwycił mapę i stuknął w nią różdżką mrucząc ,, przysięgam uroczyście że knuję coś niedobrego".
Patrzył, jak na kawałku pergaminu pojawia się szczegółowy plan zamku.
Odnalazł bibliotekę. Tak, jak się spodziewał nie odnalazł w niej ani kropki opatrzonej podpisem Ginny Weasley ani też Hermiony.
Rozejrzał sie po mapie.
Ginny zmierzała w kierunku dziedzińca, a towarzyszył jej punkcik podpisany ,,Michael Corner".
Gdzie jest Hermiona?!
Sprawdził puste klasy, lochy, korytarz prowadzący do kuchni.
- Jest! - mruknął
Kropka z podpisem Hermiona Granger sunęła teraz w stronę wyjścia ze szkoły. Towarzyszył jej punkcik opatrzony nazwiskiem... Ron przetarł oczy ze zdumienia. ... ,,Fred Weasley".

No comments:

Post a Comment